IndeksRejestracjaSzukajFAQZaloguj

Share | 
 

 [Skyfall][T][NZ] Psy obronne są wspaniałymi opiekunkami (1/33)

Go down 
AutorWiadomość
Lampira7
Bajkopisarz
Bajkopisarz
avatar

Female Liczba postów : 272
Rejestracja : 16/01/2015

PisanieTemat: [Skyfall][T][NZ] Psy obronne są wspaniałymi opiekunkami (1/33)   Czw Kwi 12 2018, 14:19

Tytuł: Psy obronne są wspaniałymi opiekunkami
Oryginalny tytuł: Attack-Dogs Make Great Babysitters
Autor: Only_1_Truth
Fandom: Skyfall
Rating: 12+
Zgoda na tłumaczenie: Jest
Tłumaczenie: Lampira7
Beta: PersianWitch
Link: http://archiveofourown.org/works/710074/chapters/1312445

Psy obronne są wspaniałymi opiekunkami

Rozdział 1: Psy obronne vs kanapowe psy

Trzeci napastnik padł z kulą w klatce piersiowej, a Bond ruszył naprzód, ignorując głos M karcący go przez słuchawkę. To było dość standardowe przemówienie, obracające się wokół nie zabijania każdego wroga, gdy MI6 wciąż miało pytania, które wymagały odpowiedzi, itd. Minęło trochę czasu, odkąd M była na polu, więc nie trudził się, by podkreślić, że mógłby sam udzielić odpowiedzi na te pytania, jeśli tylko by chcieli, o ile to nie on byłby martwy.

— Tak, M — mruknął posłusznie, najprawdopodobniej w najwłaściwszym momencie, bo w jednostronnej rozmowie nastała przez chwilę cisza. Szedł dalej, trzymając broń w pogotowiu.

— Nie słuchasz, prawda?

— Właściwie, staram się pozostać przy życiu — odpowiedział bez większego zainteresowania. — Przestanę strzelać do ludzi, gdy ci przestaną starać się mnie zastrzelić.

To spowodowała, że głos na drugim końcu linii zamilkł, chociaż usłyszał, że ktoś, kto był w pokoju z M prychnął z rozbawienia, po czym kobieta za pomocą odrobiny werbalnego ataku, powiedziała temu komuś, co ma robić.

Zanim Bond zadał pytanie, inny głos przekazał mu instrukcje:

— Będzie im trudniej cię śledzić, jeśli pójdziesz na niższe piętra. Po twojej lewej i prawej stronie powinny znajdować się drzwi. Droga za tymi prawymi jest szybsza, ale…

Bond skorzystał z tych po prawej stronie. Drzwi były zamknięte, ale użył porządnego kopnięcia, aby zaradzić temu problemowi. Wciąż trzymając pistolet w dłoniach, wszedł do pokoju zdecydowanym, płynnym krokiem.

— Wybrał te po prawej? — Zabrzmiał głos wzdychającej M.

Głos pełen rezygnacji był wystarczająco cichy, by wykazać, że technik odpowiedzialny za kierowanie Bonda odchylił się z rezygnacją na swoim krześle.

— Tak, Madame.

— Była szybsza — odparł obronnie Bond, rozsądnie powtarzając słowa technika.

M ponownie pochyliła się nad odbiornikiem, próbując zrozumieć, co robił jej najlepszy i najbardziej kłopotliwy agent.

— Bond, jaka jest sytuacja?

Był uciążliwy, ale także był świetnie wyszkolonym agentem MI6, a jego bladoniebieskie oczy już rozglądały się trzeźwo po pomieszczeniu. Mięśnie były napięte, ale postawę miał rozluźnioną i gotową do działania. Jego zmysły zanotowały, że pokój był pozbawiony wrogich strzelców, zanim jego umysł zaakceptował to poprzez logikę i było to widoczne w jego postawie, gdy rozluźnił się w minimalny sposób. Tylko ktoś, kto znał go od lat, zauważyłby różnicę. Każdy przeciwnik, który pojawiał się w takim momencie, szybko dowiedziałby się, że ta zmiana w żaden sposób nie powodowała, że Bond reagował wolniej. Ponieważ nawet spokojny, 007 był wciąż przerażająco zabójczy, nie wspominając o jego impulsywności, jak twierdziła M.

— Jeszcze jeden pusty pokój. — Jego niski monotonny głos uspokoił M. — Stół i krzesła.

Ten budynek był jak labirynt, a fakt, że był to jeden z budynków, których było pełno na wyspie, nie był zachęcający. W milczeniu, był głęboko urażony tym, że żaden z kształtujących się złoczyńców nie uznawał się za prawdziwie złego, dopóki nie spełnił stereotypu kupienia własnej ściśle tajnej wyspy. „Ściśle tajna” była z reguły przereklamowanym określeniem, a zabawa w chowanego z uzbrojonymi bandytami w piekielnym upale prawdopodobnie obrzydziła Bondowi na stałe wyspy. Jeśli kiedykolwiek naprawdę dotrzyma obietnicy o wakacjach, wybierze jakiś zalesiony, chłodny i solidny teren pozbawiony dostępu do morza.

Jego mięśnie natychmiast znów się spięły, a palce nieświadomie nacisnęły mocniej na spust pistoletu, gdy jakiś ruch przykuł jego spojrzenie. Zbyt szybko stwierdził, że pokój był pusty, ponieważ odkrył, że przy starym, poobijanym metalowym stole ktoś był. Dzieciak nie starszy niż siedem lat i nie większy niż średniej wielkości pies, wystarczający mały, by zwinąć się na krześle i pozostać w ukryciu, dopóki się nie poruszył.

M musiała usłyszeć, że jego oddech zatrzymał się delikatnie, bo zapytała napiętym, profesjonalnym głosem:

— 007, co się dzieje?

Po raz pierwszy, Bond nie był pewien, co zrobić w danej sytuacji. Jego spojrzenie wędrowało po pokoju, aby upewnić się, że nie było żadnych innych niespodzianek, gdy odpowiedział z roztargnieniem:

— Jest tu… Jest tutaj dziecko. Może ma sześć albo siedem lat. — Jego oczy w naturalny sposób odebrały każdy niuans, a chłopiec skulił się milcząc, gdy agent 00 przyglądał mu się. — Wydaje się, że Krąg Westforda przytrzymywał go tu przez jakiś czas.

— Powiadomię odpowiednich ludzi. Dziecko będzie stanowiło priorytet dla ekipy sprzątającej. Kontynuuj swoją misję.

Bond jednak już podjął decyzję i jak zwykle, to co postanowił zdecydowanie odbiegało od tego, co inni sądzili, jak odkryła M. Szedł już w kierunku dziecka.

To nie było zbyt dobre podejście. Być może dlatego, że Bond był dużym mężczyzną, a bardziej prawdopodobną przyczyną tego było, że wciąż trzymał broń w gotowości. Wielkie, brązowe oczy dziecka otworzyły się szeroko za rozmazanymi szkłami okularów, widocznymi pod plątaniną ciemnych, brudnych, brązowych włosów. Dzieciak odskoczył jak oszalały zając. Nie był to jednak zbyt duży problem, jak można było oczekiwać, ponieważ mocny stół wydał z siebie jęk protestu, a krótki łańcuch prowadzący do kostki chłopca, nie pozwolił mu uciec.

Mrużąc swoje nieprzeniknione oczy, Bond zmienił swój poprzedni raport:

— Jest tutaj dzieciak przykuty do stołu.

— Na litość boską, Bond, nie możesz teraz nic z tym zrobić! Musisz znaleźć przesyłkę, którą otrzymał Westfall i uciszyć go. — Próbowała zmusić go do bycia rozsądnym. — Poza tym, nadajesz się na opiekunkę w takim samym stopniu jak ja… — Miała w tym rację. Oboje byli tak samo przygotowani do opieki nad dziećmi jak urodzone i wychowane do walki psy były przystosowane do kanapowego życia.

Jak zwykle, Bond zignorował ją, a przynajmniej postanowił później rozważyć jej słowa, gdy uporządkowywał to, co widział i po cichu wydedukował we własnym umyśle. Okrążył stół, a lufa jego pistoletu była wycelowana teraz w podłogę, nawet jeśli broń, wciąż była odblokowana i gotowa do użytku. Chudy chłopiec ostrożnie zszedł mu z drogi. Był uroczył dzieciakiem, o dużych oczach i delikatnych rysach twarzy, w zbyt dużych spodniach i koszulce, przez co wyglądał jakby miał udać się do szkoły, jeśli można było zignorować kurz, brud, zadrapania oraz widoczne siniaki. W tej chwili oddychał szybko, spoglądając niepewnie na Bonda, jak na wielkiego węża. Najwyraźniej w ogóle go nie lubił.

— Bond! — M ponownie na niego krzyknęła.

Bond wyjął słuchawkę z ucha i włożył ją do kieszeni spodni. Będąc tam, gniew MI6 był zaledwie brzęczeniem komara. Nie chodziło o to, że całkowicie się z nią nie zgadzał, miała odrobinę racji, ale nie zamierzał zmienić zdania. Takiego małego dzieciaka nie można było pozostawić przywiązanego do stołu, gdy dookoła wędrowali ludzie z bronią. Będąc całkowicie poza swoim żywiołem, idąc na kompromis, nie schował broni, tylko trzymając ją w jednym ręku tuż przy swoim boku, przykucnął powoli, mówiąc spokojnie:

— Nie zamierzam cię skrzywdzić, więc nic nie rób.

Nie znaczy to, że agent 007 miał pojęcie, co siedmiolatek powinien zrobić w takiej sytuacji, ale uznał, że najlepiej będzie jeśli zabezpieczy się z każdej strony. Przecież małe rzeczy również mogą być niebezpieczne. Ostatecznie, M była jedynie drobną staruszką, ale mogła sprawić, by drżał w swoich butach, jeśli zostałaby wystarczająco sprowokowana (w taki sposób jak zdjęcie słuchawki i schowanie jej do kieszeni). Dzieciak wyglądał na przestraszonego do granic możliwości, ale jego delikatne, małe dłonie były zaciśnięte w pieści. Wyglądał niczym dzikie zwierzę zapędzone w kąt.

Spośród wszystkich możliwych, metaforycznych dzikich zwierząt prawdopodobnie wiewiórka najlepiej pasowałaby do dzieciaka, ale cóż. Bond był zdecydowany nie lekceważyć go ze względu na małe rozmiary, nawet jeśli wielkościowo przy chłopcu wyglądał jak pies do myszy.

Wyciągnął powoli rękę, w której nie trzymał pistoletu. Chłopiec podskoczył, gdy palce agenta zacisnęły się wokół końca łańcucha znajdującego się najbliżej niego. Spokój chłopca został wtedy zniszczony, gdy Bond w zasadzie trzymał go na smyczy. Dzieciak przesuwał się z nogi na nogę i oddychał szybko oraz nieregularnie.

Dobry Boże, jak mam sobie z tym poradzić? — pomyślał Bond, czując daremną panikę, nie pasującą w ogóle do jednego z najlepszych tajnych agentów w Wielkiej Brytanii. Zaczął zastanawiać się, czy nie posłuchać M i nie pobiec dalej korytarzem. Przynajmniej wiedział, co robić z celami i wrogami. Specyfiką jego pracy było to, że gdy dochodziło do kontaktu z nimi, strzelanie było ogólnie bezpieczną odpowiedzią. Za to teraz patrzył na przerażonego i nieprzewidywalnego chłopca, stanowiącego zagadkę, która przedstawiła mu milion problemów, z których żaden nie mógł zostać natychmiast rozwiązany przez kulę.

— Hej — powiedział, czując się sfrustrowany i widząc, że dzieciak się cofa, już będąc bardzo daleko na swoim metrowym łańcuchu. — Powiedziałem, że cię nie skrzywdzę!

Gdyby Bond miał większe doświadczenie z dziećmi, wiedziałby, że ostry ton nie jest dobrym pomysłem. Z większą szybkością, niż się spodziewał, małe ciałko poruszyło się w panice, dając agentowi 00 niewiele opcji do wyboru. Odruchowo, Bond rzucił się do przodu i chwycił go. Nastąpiła krótka walka, ale przynajmniej wiedząc podświadomie, że małe dzieci słyną z hałaśliwości, udało mu się złapać chłopca jednym ramieniem wokół brzucha, a drugą rękę zacisnął mocno na jego ustach. Usłyszał spanikowany wrzask oburzenia, będący natychmiastowo stłumiony przez jego dłoń. To wymagało puszczenia pistoletu, co prawdopodobnie zirytowało Bonda bardziej niż wszystko inne, co się wydarzyła dzisiejszego ranka. Zdając sobie sprawę, że szybko staje się to śmieszne i marnuje zbyt wiele czasu, Bond obrócił się wokół swojego nowego problemu, wciąż trzymając dłoń na jego ustach. Przerażone oczy odmówiły spotkania go. Dzieciak usiłować oderwać jego rękę od swojej twarzy i uwolnić się od ramienia oplecionego wokół talii, nawet jeśli Bond był wyraźnie silniejszy od niego.

— Okej, powiem to jeszcze raz i tym razem… posłuchaj! — syknął Bond, żałując, że nie może wrócić do bycia małomównym polowym agentem, potencjalnie kimś kto strzelał szybciej niż powinien, który nawet rzadko rozmawiał z M lub swoim Kwatermistrzem, jeśli nie było potrzeby. Ale dzieciak nie powinien tutaj być i nie zasługiwał na to wszystko i choć Bond wyszkolony do tego, żeby strzelać z zimną krwią oraz zabijać bez wyrzutów sumienia, miał serce, które teraz mówiło mu, że zapewnienie bezpieczeństwa dziecku było tak samo ważne, jak pokój pełen celów.

— Nie jestem jednym z mężczyzn, którzy cię tu zostawili. Wyprowadzę cię stąd.

To wydawało się dość proste. Niestety, Bond nie wiedział, ile lat musi mieć dziecko, żeby rozumieć różne rzeczy. Zakładał jednak, że wiek siedmiu… a może sześciu lat… to wiek, gdy dzieciaki były dość inteligentne.

Tak przypuszczał.

— Rozumiesz?

Przez chwilę wyglądało na to, że Bond nic nie wskórał, gdy wielkie, zapłakane oczy spojrzały na niego przez pobrudzone okulary, a jedno z tych oczu było niestety podbite. Niechętna akceptacja pojawiła się w ciemnobrązowych tęczówkach chłopca. Chłopiec, wciąż stojąc nieruchomo, pokonany lub cicho czekający na to, co się stanie dalej, kiwnął nieśmiało swoją kudłatą głową pod ręką agenta.

— W porządku… Bądź cicho — rozkazał Bond.

Mając tylko około pięćdziesiąt procent pewności, że jego polecenie zostanie wykonane, 007 zabrał swoją dłoń. Czuł się absurdalnie zadowolony z siebie, gdy nie było żadnego krzyku ani wrzasku lub — nie daj Boże — płaczu. Wydawało się jednak, że to ostatnie się zbliża, gdy na twarzy dziecka były widoczne ślady poprzednich szlochów. W tej chwili, dzieciak patrzył na niego z mieszanką strachu i niepewności oraz determinacji, by nie dopuścić do tego, by łzy popłynęły. Jego chude ramiona drżały od podjętego wysiłku.

Wciąż jednak żadnego płaczu. Krzyków. Było to zdecydowanie zwycięstwo.

— W porządku — powtórzył Bond, zastanawiając się, jak bardzo mu ulżyło.

Decydując się skupić na tym, co rozumiał, Bond pochylił się, by spojrzeć na łańcuch, utrzymujący chłopca na miejscu. Była to długa linia dość lekkich ogniw łączących dwa kajdany. Jeden przymocowany do stołu, w ten sposób, aby uniemożliwić swobodne je wysunięcie, jeśli w ogóle dzieciak miałby jakąkolwiek szansę, aby podnieść stół. Kiedy Bond pozwolił chłopcu odejść, ten nie ruszył się ze swojego miejsca, ale gdy agent 00 podświadomie sięgnął po pistolet, by zniszczyć łańcuch, to stojące obok niego gołe stopy znowu próbowały uciec. Szybki refleks sprawił, że po raz drugi, w ciągu ostatnich minut, chwycił łańcuch.

— Hej, jeśli chcesz się tego pozbyć, będziesz musiał mnie wysłuchać — powiedział szorstko dzieciakowi.

To będzie gorsze niż próba wyjaśnienia Q, dlaczego potrzebuję laserowego długopisu.

— ...007, im dłużej będziesz marnować swój czas na dziecko, tym trudniejsze będzie ukończenie tej misji.

— Q — mruknął Bond, gdy ponownie usłyszał dźwięk ze schowanej słuchawki. Chłopak z zaskoczeniem i iskrą ciekawości spojrzał na bezcielesny dźwięk. Najwyraźniej stary Kwatermistrz zdołał ręcznie zwiększyć sygnał lub głośność gadżetu. Bond nigdy nie lubił tego starego człowieka, a to wtrącenie naprawdę go zirytowało. Ale posłusznie wyciągnął słuchawkę z ucha, mrucząc:

— Możesz teraz przywrócić ją do normalności. — Uśmiechnął się lekko i dodał gorzko: — Znów jestem dobrym chłopcem.

— Przestań. Nidy nie jesteś grzeczny, chyba że doznałeś urazu głowy i oddział medyczny cię odurzył. — Głos M, na szczęście normalnie brzmiący, sprawił, że Bond skrzywił się na samo to wspomnienie. Dla każdego upartego, dumnego agenta 00, takie historie sprawiały, że wykorzystali swoje najlepsze umiejętności, aby uniknąć kolejnych wycieczek do skrzydła medycznego. — Jaka jest sytuacja? Nie licząc tego dziecka, którym najwyraźniej zdecydowałeś się zaopiekować.

— Omawiane dziecko jest wolne — mruknął Bond. — Żadnych innych wrogów. Wciąż działam zgodnie z planem.

Podczas, gdy M drwiła z jego „cholernych niebezpiecznych planów”, Bond zwrócił się do chłopca. Drżenie nie ustało, ale teraz dzieciak zdawał sobie sprawę, że nie może uciec od szybszego, potężniejszego agenta i stał z wzrokiem wbitym w ziemię, będąc tak nieruchomy oraz mały, jak tylko mógł. Widok ten sprawił, że Bond naraz poczuł wiele rzeczy: niepokój, smutek, wściekłość i wszystko, co do niego nie pasowało. To w jakiś sposób było dla niego złe. Wyciągnął rękę i chwycił chłopca za ramię, delikatnie nim potrząsając, dopóki te duże oczy ukryte okularami nie spojrzały na niego.

— Zaufasz mi? Już powiedziałem, że cię nie zastrzelę. — Może był trochę gburowaty, ale Bond uważał, że i tak robi zadziwiająco dobrą robotę, biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy pracował z dzieciakiem.

Przypomnienie o pistolecie w przewidywalny sposób spowodowało, że iskierki strachu pojawiły się w oczach chłopca. Poruszył ustami, chcąc rozpocząć kłótnię, ale potem przestał. Poobijany i przerażony do granic umysłu, ale trzymający to pod kruchą kontrolą, dzieciak nie zgodził się zaufać Bondowi, po prostu przestał przed nim uciekać.

— Jak ma na mię? — spytała z rezygnacją M. — Równie dobrze możemy ze swojej strony zacząć go identyfikować. Może to pomoże nam uzyskać dokładne informacje, dlaczego i gdzie Westford utrzymuje cały swój nielegalny ładunek.

Bond skupił się na chłopcu i powtórzył pytanie. Nagle, w wielkich oczach był widoczna buntowniczość i zaciekłość, a odpowiedź, która się pojawiła, zabrzmiała ostrymi, czystymi tonami dziecka, które nie będzie skłonne do zmiany zdania.

— Q — powiedział.

Dlaczego nie mogę zajmować się kimś, kto stara się mnie zastrzelić…?

— Um… M, być może mamy problem.

— Tak?

Bond obwiniał za to Q — starego Q, kwatermistrza, który nie był w połowie tak inteligentny, jak sądził, ale i tak wszędzie wtykał swój nos — ponieważ pogłośnił głośność w słuchawce i zmusił Bonda do tego, by mu odpowiedział. Teraz chłopak znalazł ładny tytuł, którym mógł się posłużyć, zamiast odpowiedzieć wprost na pytanie. Co gorsza, nie wyglądało na to, by „mały Q” zmienił zdanie nawet na torturach.

— Mówi, że ma na imię Q.

— Cóż do diabła jest za imię? — prawdziwy Kwatermistrz zabrzmiał w tle, zanim przypomniał sobie, że również czasami był nazywany Q.

— Jeśli nie chcesz, żebym wyjął narzędzie do miażdżenia kciuków — zauważył łagodnie Bond, wciąż patrząc na dziecko i robiąc zabawną minę „wierz, że tylko tak mówię” — to myślę, że to jedyne imię, jakie otrzymasz.

Mógł usłyszeć jak M przeklina pod nosem w bardzo niestosowny sposób, ale przynajmniej była na tyle rozsądna, by zdawać sobie sprawę, że nie mogła w racjonalny sposób usprawiedliwić powiedzenia jednemu z głównych agentów brytyjskich, by torturował siedmioletnie dziecko w celu pozyskania od niego prawdziwego imienia.

— Musisz wrócić do zadania, 007 — powiedziała w końcu. — Zrób wszystko, co uznasz za konieczne.

— Tak, Madame.

Było jego posłuszną odpowiedzią. Nie odetchnął z ulgą, gdy oczekiwany wykład ominął go niczym chmura burzowa. Pozostała jednak kwestia, jak ma postępować zgodnie z rozkazami. Życie byłoby nieporównywalnie prostsze, gdyby jedynym co musiałby uwzględnić w swoich równaniach, był on sam i ludzie, którzy chcieliby go zabić. Teraz miał ze sobą chłopca, który wybrał imię/literę Q jako swoją nazwę. Ponieważ chłopiec nie był nim, ani nie wskazywał na niego broni, to zdecydowanie co ma robić stawało się frustrujące.

— Porozmawiamy później, o twoim tak zwanym imieniu — burknął agent, czując jak kącik jego ust podniósł się w uśmiechu, gdy nie mógł powstrzymać rozbawienia dostrzegając charakterek chłopca.

A potem rozpoczął się ostrzał i 007 nawet tym nie uczestniczył.

— Bond! Co ty, do licha, robisz?!

Głos, który z piskiem rozbrzmiał przez słuchawkę został zignorowany, gdy Bond zablokował wszystkie emocje i zaczął wykonywać swoją pracę. Dzieciak przy jego biodrze opadł na ziemię z rękami na głowie i z piskiem strachu, gdy pierwsze pociski przeleciały koło nich. Stało się to o wiele prostsze — pomyślał filozoficznie Bond, strzelając do jednego z ogniw łańcucha. Dziecko nie będzie się bało bardziej, niż dotychczas. Łańcuch był bardzo delikatny, na tyle, na ile mogą być łańcuchy. Nie wystarczająco silny, by uwięzić psa, ale wystarczająco, aby utrzymać w miejscu siedmiolatka. Jedno z ogniw rozpadło się pod wpływem uderzenia kuli. Nie marnując czasu, Bond zaparł się stopami o ziemię i umieszczając ramię pod blatem ciężkiego stołu, przewrócił go przed tym, jak druga i trzecia kula wyleciała z korytarza w ich kierunku. Nastąpił ostry dźwięk, gdy pocisk zamiast ich trafił w mebel. Będąc na razie pod osłoną stołu, Bond powiedział jedynie:

— Wrogi ostrzał.

Spojrzał na dzieciaka.

Mały chłopiec stanowił żałosny widok. Był wcześniej dość odważny, gdy stawił czoło Bondowi w swoich próbach ucieczki. Najwyraźniej wiedział o źródle hałasów i niebezpieczeństwie związanym z bronią, bo leżał teraz skulony na podłodze z rękami na uszach. Łzy swobodnie spływały mu po twarzy. Działając w odruchu i odrobinie nieoczekiwanego współczucia, Bond podniósł go, czując, jak brudne, kręcone włosy dotykają jego szczęki i szyi, gdy obrócił się w stronę drugich drzwi prowadzących z pokoju. Przynajmniej istniał jeden czynnik działający na jego korzyść. Dzieciak był bardzo mały, więc mógł go łatwo nieść biegnąc. Wyglądało na to, że żaden z nich nie został jeszcze trafiony, ale i tak zaklął, ponieważ jego broń musiała być w kaburze, by mógł trzymać dziecko. Wolałby mieć broń w rękach. Broń, którą znał i która była niezawodna. Dzieci w najmniejszym stopniu nie należały do żadnej z tych kategorii.

Przynajmniej „Q” nie wyrywał się.

Kule podążały za nimi, gdy ich przeciwnicy zaczęli brać pod uwagę stół. Chłopiec skomlał przy gardle Bonda. Dopiero, gdy 007 przeszedł drugie drzwi i zatrzasnął je za sobą, poczuł, że dziecko oddycha. Po raz pierwszy cieszył się, że większość budynków na tej cholernej wyspie posiada niedbały wystrój, ponieważ potrzebował tylko chwili, by znaleźć jakieś śmieci i zablokować nimi drzwi. Zamknął je również na zamek, ale wydawał się on równie stary i zaniedbany jak reszta budynku, więc nie pokładał w nim zbyt wiele nadziei.

— Drzwi po prawej stronie. Doprowadzą cię do schodów — spokojny głos zabrzmiał przez słuchawkę Bonda, nieczuły na niebezpieczeństwo wynikające z pocisków, które było bardzo realne dla 007 i jego balastu. Mimo to ulżyło mu, że ktoś z MI6 wciąż go śledzi i znajduje drogę do podążania.

Chłopiec, którego głowa była tuż przy uchu agenta, podskoczył lekko, gdy usłyszał głos wydobywający się ze słuchawki. Mały Q natychmiast napełnił jego ucho większym hałasem:

— Nie! Droga po lewej jest szybsza.

— Co? — warknął Bond, odwracając głowę i zastanawiając się, czy to normalne, że dziecko z przybranym imieniem rozkazuje znacznie większemu od niego mężczyźnie.

Ponownie, wybór tonu swojej wypowiedzi był fatalny, ponieważ dzieciak w jego ramionach skulił się na jego ramieniu i zacisnął palce na koszuli Bonda niczym kociak. Potem odnalazł w sobie pewną odwagę i zmarszczył surowo brwi, przynajmniej na tyle, na ile mógł zrobić to siedmiolatek w okularach.

— Nie… nie prowadzi na schody, ale do okna. Jest płaski dach, tylko jedno piętro poniżej. W ten sposób wydostaniesz się szybciej.

Gdy tylko M usłyszała słowo „szybciej” przez słuchawkę, zaczęła się denerwować.

— 007, tylko dlatego, że jest szybsze… — zaczęła ostrożnie.

Ale podobnie jak w przypadku wcześniejszych drzwi, Bond był człowiekiem, który lubił wydajność. Po zaledwie krótkim zerknięciu na małego Q, skręcił w lewo. Pomimo tego, co myślała M, lubił wykonywać rozkazy. Oczywiście, często poprawiał i korygował te zamówienia, tak żeby mu one pasowały, ale faktem było, że lubił mieć coś solidnego w kierowaniu swoimi działaniami. Naprawdę nie miało znaczenia, kto wydawał te rozkazy, tak długo jak miały one sens, tak jak teraz były małego Q. Dlatego też, bez skrupułów i wstydu, 007 skorzystał z rady dziecka, które ledwo było wystarczająco wysokie, by głową sięgać jego pasa. Wyszkolony słuch ujawnił, że pogoń jest blisko, a czas był dla niego rzadkim luksusem.

Było to przyjemne, ale nie całkiem zaskakujące, że chłopiec okazał się dobrze poinformowany. Wskazany pokój posiadał okno. Bond, nie tracąc chwili, zbadał je. Tak, idealne miejsce lądowania znajdowało się pod nim. Jedno piętro poniżej, w gorejącym słońcu.

Wciąż słyszał krzyki w uchu, ale Bond nie stał się tak dobry jak był, rozpraszając się tak łatwo. Zamiast tego zmarszczył brwi, skupiając się na swoim problemie, który nazywał się Q. Zazwyczaj, agent nie wahałby się otworzyć okna i skoczyć, ale teraz zastanawiał się, jak łatwo mógłby to zrobić, trzymając kogoś.

Pomyśl o „kruchym, cennym przedmiocie” — powiedział sobie i jego umysł zaczął swobodniej pracować nad przedstawionym problemem. Już wcześniej uciekał przed innymi, niosąc ważny, łamliwy ładunek — nie powierzano mu często takich misji ze względu na jego historię wpadania w trudne sytuacje i brutalne walki — prawdopodobnie było to dość podobne do tego. Zaciskając w determinacji zęby, udało mu się przesunąć chłopca, by trzymać go jednym ramieniem, gdy wolną ręką odblokował okno i otworzył je szarpnięciem. Natychmiast po zobaczeniu jak wysoko się znajdują, mały Q zaczął protestować. Najwyraźniej ponownie przemyślał, jak mądra była jego rada.

— Nie miałem na myśli…! — Jego głosik stawał się coraz wyższy, gdy wbijał palce w koszulę i skórę agenta.

Teraz, gdy dwoje osób krzyczało mu do ucha, Bond zignorował wszystkich, oprócz siebie oraz zbliżających się do nich wrogów i wyskoczył przez okno.

To był długi, nieskończony moment, w którym znajdował się między niebem a ziemią. Bez względu na to, ile razy to robił, jak często ryzykował i skakał z niedorzecznych wysokości, Bond nigdy nie stracił uczucia, że jego żołądek podnosi mu się do gardła. Wyglądało to tak, jakby połowa jego ciała była nieustraszona, podczas gdy druga — przeważnie jego wnętrzności, jak się wydawało — walczyła dziko, aby uniknąć nieuchronnego lądowania. Mały Q krzyczał przez cały skok.

I wtedy nastąpiło nieuchronne lądowanie, a Bond warknął mimowolne przekleństwo, gdy nowy ciężar, który niósł, niemal wybił go na tyle, by wybić go z równowagi i posłać piętro lub dwa niżej niż zamierzał. Zdając sobie sprawę, że walka z pędem była daremna (przynajmniej, jeśli chciał utrzymać kostkę w nienaruszonym stanie), Bond skulił się, zwijając się wgłębek, wykonując dość dobrą robotę, udając, że krzyczący w jego ramionach chłopiec był w rzeczywistości szklanym wazonem lub inną delikatną rzeczą. Udało mu się również kontrolować czas trwania spadku i kierunek, dzięki czemu nie spadli z dachu. Po trzech przewróceniach, gdzie dach otarł się o jego plecy, kolana i łokcie, zatrzymali się. Q wciąż był żywy i niemal w dobrej kondycji, a Bond był raczej dumny z siebie.

— Jesteśmy. Widzisz? Powiedziałem, że cię wydostanę — powiedział, zaprzeczając temu, że stracił oddech od upadku, gdy wstawał.

Rozluźnił swoją postawę. Jego ciało przestało być ochronną klatką, którą utworzył wokół swojego małego towarzysza. Kokon kości, mięśni i ciała, który poradził sobie dobrze z utrzymaniem chłopca w bezpieczeństwie. Chwila opiekuńczości i cichej dumy był krótki, ale słodki, gdy spojrzał prędko i nie odnalazł żadnych nowych urazów u dziecka. Oczywiście, Q wciąż wyglądał, jakby miał trzy różne ataki serca. Jego okulary przekrzywiły się na jego nosie, a włosy — co było niewiarygodne — stały się jeszcze bardziej nieuporządkowane. Po prostu oddychał ciężko i patrzył na Bonda, jakby ten był szaleńcem. Niemal znowu zaczął krzyczeć, tak z zasady, gdy agent podniósł go jeszcze raz.

Chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że był wystarczająco silny, by zatrzymać wszelką walkę, jaką mogło podjąć dziecko, to istniało skrępowanie oraz strach, że może w łatwy sposób, przypadkowo złamać małe ciałko chłopca. W ten oto sposób, skrzywił się w grymasie wyrażającym w dość znacznym stopniu obawę, gdy przycisnął małego Q do ramienia, gdy chłopiec starał się uwolnić.

— Hej, okno było twoim pomysłem. — przypomniał mu i otrzymał w zamian spojrzenie w którym było przerażenie, ale i również gwałtowny temperament.

Wyglądało to dość zniechęcająco, mimo że pochodziło od zaczerwienionych od płaczu oczu, ukrytych za okularami, które były duże i dość kujońskie oraz wciąż przekrzywione.

I — o tak — spojrzenie, które spowodowało, że 007 skręcał się wewnętrznie, pochodziło od dziecka, który nie miał dziesięciu lat.

Głos M był niemal mile widzianym wytchnieniem, chociaż mógł stwierdzić, że westchnęła i potrząsnęła głową.

— Dlaczego zawsze wybierasz najszybszą drogę? Czy lubisz dawać nam palpitacje serca, kiedy czekamy, aby upewnić się, że nie skończyło ci się szczęście?

Nic sobie nie robiąc z jej obrażonego tonu, Bond nadsłuchiwał odgłosów pościgu — nic jeszcze nie usłyszał, co oznaczało, że ich mały wypad przez okno na razie ich zdezorientował — rozejrzał się nad potarganą czupryną Q, szukając drogi z dachu.

— Nie lubię cię straszyć, Madame. Lubię jedynie szybkie rzeczy.

— Lubisz szybkie rzeczy? — odpowiedziała, wyraźnie niezbyt rozbawiona. Zamiast tego stwierdził, że w jej głosie była chorobliwa ciekawość. Osoby ją czujące, zawsze potajemnie wiedziały, że będą żałowały odpowiedzi.

Bond nie był kimś, kto rozczarowywał innych. Wybierając swoją drogę z zawziętym pośpiechem i kocimi ruchami, które przeczyły jego rozmiarom i muskulaturze, Bond uśmiechnął się lekko, odpowiadając:

— Lubię szybkie kobiety i szybkie samochody. Dlaczego reszta miałaby być inna?

Z odgłosami najlepszych i najgłośniejszych jęków i wypowiadanych pod nosem przekleństw MI6 brzmiących w uchu, Bond zaczął schodzić na ziemię, gdzie miał nadzieję odzyskać uprzywilejowaną pozycję. Przez cały czas, samozwańczy „Q” przylegał do jego klatki piersiowej, z głową schowaną tuż pod szczęką i uchem agenta. Bond nie mógł przestać myśleć, że to źle, że dziecko które krzyczało minutę wcześniej, było takie ciche.

___________________________________


2018 rok
Opublikowałam 35 rozdziałów
Opublikowałam 28 miniatur
Rozpoczęłam 4 opowiadania (5)
Zakończyłam 6 opowiadań
Powrót do góry Go down
 
[Skyfall][T][NZ] Psy obronne są wspaniałymi opiekunkami (1/33)
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
~.Imaginarium.~ :: FANFICTION :: Serial & Film & Adaptacje :: Ogólne :: +12-
Skocz do: