IndeksRejestracjaSzukajFAQZaloguj

Share | 
 

 [HP][T][NZ] Wypadek w Jaskini [HP/LV] [18/36]

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
blu22
Analfabeta
Analfabeta


Female Liczba postów : 9
Rejestracja : 25/04/2016

PisanieTemat: Re: [HP][T][NZ] Wypadek w Jaskini [HP/LV] [18/36]   Sro Kwi 27 2016, 17:59

hm... czytam po raz kolejny to opowiadanie i sama nie wiem co o nim myślećSmile pewnie skończę czytając po raz kolejny Smile wciągnęła mnie opowieść Voldemorta o jego dzieciństwie i w sumie nie spodziewałam się że opowie wszystko (no może większość) Harremu. Na początku myślałam że będą musieli przetrwać w tej jaskini kilka miesięcy albo może i lat gdzie by polowali na ryby, starali nie zamarznąć na śmierć i się nie pozabijać nawzajem, a z nudów Tom zaczął by uczyć magi bezróżdżkowej Harrego i tak powoli narodziłoby się między nimi uczucie - taka moja wersja Smile hehehe Intrygujący jest ten wampirek, samo to że on jest tym którego boi się Voldemort (choć sama wizja że mroczny czarny pan boi się wampira - choć to jeszcze do końca nie wyjaśnione, tylko takie moje domysły) choć to może że pokazuję swoje inne oblicze Harremu spowoduję że obaj będą się do siebie zbliżać Smile choć jestem ciekawa który sobie pierwszy uświadomi że już nie chcę drugiego zabić i że go kocha Very Happy nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów:)
Powrót do góry Go down
Disharmony
Jeździec Apokalipsy
Jeździec Apokalipsy
avatar

Female Wiek : 21
Liczba postów : 351
Rejestracja : 20/01/2015

PisanieTemat: Re: [HP][T][NZ] Wypadek w Jaskini [HP/LV] [18/36]   Sro Wrz 21 2016, 22:16

Przerwa była ogromnie długa, ale mam nadzieję że już się to nie powtórzy.
Za betę dziękuję fantastycznej Pannie Mi

18. Ponowne spotkanie



Kamieniołom wapienia, południowa Anglia
20 Grudnia 2000, 8:05 rano.


Otaczający kamieniołom las był zaskakująco spokojny. Stare drzewa wyginały w dół swoje długie, pokryte ciężkim płaszczem mokrego śniegu gałęzie, jak gdyby zmęczone utrzymywaniem ich ciężaru. Ciemne chmury zstąpiły ku ziemi, tworząc lodowatą, gęstą mgłę, formującą tajemnicze wzory. W jednej chwili cienka warstwa szronu pokryła wszystko w zasięgu jego wzroku.

Dragomir bezszelestnie wylądował na spróchniałym pniu wiekowego buku. Jego ciało z łatwością potrafiło oprzeć się działaniu grawitacji, jeśli tego, tak jak teraz, chciał. Bycie zarazem wampirem i czarodziejem wystarczyło, by czczono go niczym boga. Nie miał żadnych zastrzeżeń co do swojej egzystencji. Dodatkowo zawsze mógł liczyć na swoje doskonałe zmysły. Nic nigdy nie umykało jego wzrokowi, nawet przy słabej widoczności. Tak więc uznał, że wisząca obecnie w powietrzu mgła jest przydatna i powinien ją doceniać, zwłaszcza polując na swoją zdobycz.

Lekki, poranny zmierzch tylko dodawał spokoju temu miejscu i pomógł ukoić intensywne emocje, które zawładnęły nim, kiedy pochwycił znajomy zapach.

Wiedział, że będzie musiał pozostać równie opanowanym, kiedy nadejdzie długo wyczekiwany moment ponownego spotkania.

Minęło tak strasznie wiele czasu, odkąd ostatni raz miał do czynienia z tym wspaniałym czarodziejem. Między nimi wydarzyło się tyle rzeczy i tak wiele problemów pozostało nierozwiązanych... Nadszedł czas, by to naprawić.

Zadowolony z obrotu wydarzeń, beztrosko ruszył wzdłuż pnia, a w jego głowie zaczęły rodzić się różne scenariusze nadchodzącego spotkania.

Nie poświęcając dość wątpliwej powierzchni wystarczająco uwagi, poślizgnął się na zmrożonej korze. Nawet mimo posiadania doskonałych zmysłów powinien uważać na to, by podczas ześlizgiwania się po drzewie zachowywać odpowiednią równowagę. Spojrzał na miejsce, na które spadł i, klnąc pod nosem, co było całkowicie niestosowne, zważając na zajmowaną przez niego pozycję, zmusił swoje wysokie ciało do podniesienia się, po czym otrzepał ramiona ze śniegu. Tyle jeśli chodzi o bycie idealnym bogiem.

Nawet tak doświadczony wampir, jak on, miał jakieś (nieistotne, oczywiście) słabości, które mogły, bądź nie, przeszkadzać mu przez kolejne dwa stulecia.

Dlatego też ignorował takie drobiazgi. Poza tym podczas swojej trzystasiedemdziesięcioczteroletniej egzystencji zdarzyło mu się również podjąć kilka pochopnych decyzji.

Zresztą, jakie to miało znaczenie? W przeciwieństwie do niego, śmiertelnicy błądzili przez całe swoje życie, ponieważ funkcjonowanie w tej prymitywnej, ludzkiej formie było ciężkim błędem wymagającym natychmiastowego remedium.

Dragomir stopniowo odzyskał fason i rozejrzał się. Już miał zaczynać swoje polowanie, kiedy nagły, nieoczekiwany dźwięk zakłócił jego procesy myślowe.

W mgnieniu oka ukrył się za gałęziami.

Czarny Pan dowiedział się o jego obecności. Jego irytacja spowodowana popełnieniem tak zatrważających błędów utrzymywałaby się zapewne jeszcze dłużej, ale po prostu wyrzucił ją z głowy. Poza tym świadomość, że jest w stanie wywołać strach w tym czarodzieju, była ogromnie satysfakcjonująca. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej wzrastał jego zapał i pragnienie. W takim tempie wkrótce się pożywi i zamierzał zabrać się do tego z ogromną rozwagą. Jak na razie musiał zapanować nad swoimi pragnieniami. Wiedział, że nic mu się nie uda, jeśli nie zacznie się kontrolować. Musiał zachować ostrożność, ponieważ Voldemort był zdecydowanie niebezpieczniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Prawdę mówiąc, po tym, co zaszło między nimi czterdzieści lat temu, raczej nie liczył na to, iż ten będzie z nim posłusznie współpracować.

Delikatny dźwięk szybko narastał. Z tej odległości słyszał już urywany oddech mężczyzny, wciąż zbliżając się w kierunku ich nieuniknionego spotkania.

Mistrz zaciskał zęby, tłumiąc pragnienie krwi.

Powoli opuścił swoją kryjówkę i zatrzymał się pośrodku ośnieżonej, prowadzącej przez las drogi. Dzieliło ich od siebie zaledwie kilka sekund. Gdyby jego serce biło, z pewnością czułby teraz jego łomotanie.

Opuścił z dezaprobatą wzrok i potarł swoją martwą pierś, nim jego oczy ponownie skupiły się na ciągnącej się przed nim drodze.

I to wówczas go dostrzegł, stojącego w cieniu wyrwy w dębie. Czarnego Pana we własnej osobie, jego obsesję i motywację napędzającą go przez ostatnie trzydzieści osiem lat. Och, Leontina zdecydowanie miała powód, by wrzeć ze złości. Ale jej brudne sztuczki przynajmniej się do czegoś przydały.

Po kilku chwilach wzajemnego wpatrywania się w siebie, ruszył powolnym krokiem w stronę nieruchomego czarodzieja. Wystarczyło jedno spojrzenie na wysoką, wychudzoną postać, by jego wnętrzności skręciły się z głodu.

Pragnienie rozpaliło jego gardło.

― Minęło trochę czasu, Voldemorcie. Ja… tęskniłem za tobą ― wyszeptał delikatnie, nieśpiesznie okrążając mężczyznę, który przyglądał mu się uważnie.

Krwistoczerwone oczy śledziły każdy jego ruch, z pewnością świadome wygłodniałego spojrzenia wampira.

― Wyglądasz inaczej.

Dragomir zatrzymał się, by zahipnotyzować Czarnego Pana z odległości nie większej niż pięciu stóp.

― Nawet pachniesz nieco inaczej ― dodał i wykrzywił usta w uśmiechu. Gdy to zrobił, pomiędzy wargami ukazały się wyjątkowo białe zęby.

Voldemort nie poruszył się ani o cal.

― Ale wciąż zdecydowanie apetycznie, muszę przyznać. ― Wyszczerzył zęby nieco mocniej i wyciągnął rękę, by dotknąć skóry Czarnego Pana. Wściekły syk powstrzymał jego ruch. Ręka Mistrza na moment zawisła w przestrzeni między nimi, nim wróciła do jego płaszcza. Przez moment zaciskał wargi, nim ponownie się odezwał.

― Jeszcze się ze mną nie przywitałeś, Voldemorcie. Wiem, że byliśmy nieco rozjuszeni, kiedy nasza relacja dobiegła końca, ale taka wrogość wobec gościa, którego zaprosiłeś z Rumunii jest niezwykle niemile widziana…

Twarz Czarnego Pana pozostała niewzruszona, chociaż jego oczy zdecydowanie pociemniały.

― Ty wstrętny krwiopijco ― odezwał się w końcu. ― Może i nie udało mi się to ostatnim razem, ale, zapewniam cię, zniszczę cię, nawet jeśli oznacza to, że będę musiał pociąć twoje ciało na drobne kawałki i spalić każdy z nich. ― Gdyby blade wargi Voldemorta nie drżały tak bardzo, jego lodowaty głos odniósłby oczekiwany efekt.

Nim wampir zachichotał, zaległa między nimi krótka cisza. Nie był jakimś głupim człowiekiem, by obawiać się tego mrocznego czarodzieja. Wręcz przeciwnie, czuł rozbawienie.

― Och, cóż mogę powiedzieć. Jestem zachwycony, że wciąż pamiętasz mnie i obietnicę, którą mi złożyłeś. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja nie potrafiłem zapomnieć. Ale pozwól, że przypomnę ci, iż to ty miałeś przyjść do mnie w ciągu dwudziestu lat. Powiedziałeś, że w tym czasie podbijesz świat, staniesz się najpotężniejszym czarodziejem i mnie zabijesz. Co się stało, Voldemorcie? Czekałem niemal dwa razy tyle, zastanawiając się, jak potężny mogłeś się stać, a teraz znajduję cię w lesie, rannego, bez różdżki.

Mistrz zamilkł, by lepiej przyjrzeć się śmiertelnikowi.

― To naprawdę za sprawą chłopca? Musi być w takim razie wyjątkowy. Nazywa się Harry Potter, tak?

Mięsień na twarzy Voldemorta drgnął, gdy ten starał się nie okazywać na niej żadnych emocji.

― No bo, doprawdy, jak niby chcesz mnie zabić, skoro nie jesteś w stanie zabić nawet głupiego nastolatka? ― zaśmiał się okrutnie wampir.

Czarny Pan wciąż się nie poruszył, chociaż na jego twarzy pojawiła się wściekłość, szczególnie kiedy Mistrz zbliżył się i pochylił nad jego uchem.

― Czyli to prawda? Naprawdę umierasz? Nie ma nic, co może utrzymać cię przy życiu? Potter zdołał całkowicie cię zniszczyć? Twoja aura jest bardzo, bardzo słaba…

Ani jeden oddech nie opuścił ust Voldemorta. Wampir zniżył swój melodyjny głos do szeptu.

― To okropne. Ale, jak wiesz, mogę ci pomóc. Musisz tylko poprosić.

― Nigdy! ― syknął Voldemort, ledwo otwierając usta.

Dragomir mógł jedynie zachwycić się tym, jak ten mężczyzna potrafi zachować zimną krew, nawet będąc w tak beznadziejnej sytuacji. Nie mógł oprzeć się temu, aby jeszcze chwilę go podrażnić.

― Nie masz wyboru. Musisz mnie zaakceptować. Tylko ja mogę sprawić, byś żył wiecznie. Zrobię to szybko. Zajmie mi to tylko chwilę, obiecuję.

― Powiedziałem: nie. Nie każ mi się powtarzać, ty parszywy krwiopijco. Mogę nie dać ci czasu, byś tego żałował.

Mistrz nie był znudzony, ale zafascynowany. Jego wrogowie zazwyczaj nie byli w stanie mu grozić, a ten ledwo utrzymywał się w pionie.

Był naprawdę niezwykły.

― Jeśli taka jest twoja decyzja… Hmm, widzę, że wciąż jesteś tym samym dumnym, małym Czarnym Panem. Właśnie to w tobie lubię. Swoją drogą, wiem, że to trochę nie na temat, ale masz na sobie wyjątkowo ciekawy sweter. Widać, że zmieniłeś garderobę. Co oznacza to wielkie “H”?

Całe opanowanie Voldemorta momentalnie się rozpadło i jego ciało zaczęło trząść się z ledwo powstrzymywanej złości.

Uśmieszek Mistrza tylko się poszerzył.

― Zresztą nieważne, to nie jest teraz szczególnie istotne. Choć chciałbym wiedzieć, co myślisz. Jesteś wściekły, bo się boisz, tak? Doskonale wiesz, że mogę skończyć to w każdej chwili, zarówno z twoją zgodą, jak i bez niej. ― Kolejny diaboliczny uśmieszek. ― I możesz być pewny, że tak właśnie by się stało, gdyby tylko sama myśl o tym nie była tak niezadowalająca. Twoja krew jest tak zimna, że ledwo się porusza. To nie byłoby warte mojego wysiłku, zwłaszcza po czterdziestu latach oczekiwania.

Jego usta dotknęły chłodnego ucha mężczyzny i w tym samym czasie długi palec wbił się w zakrwawione ubranie Voldemorta.

― Nie powiem, kusisz mnie. To naprawdę wspaniałe uczucie, widzieć, że moja magia wciąż na ciebie działa. Miłe, naprawdę miłe. ― Jego usta przesunęły się do skroni Voldemorta. ― Twoja wytrzymałość jest zdumiewająca. Myślę, że dam ci drugą szansę. Udowodnij, że na to zasługujesz. Bardzo bym się rozczarował, gdyby okazało się, że czekałem tyle czasu na darmo. Także sugeruję ci, byś przetrwał, zabił Pottera i stanął ze mną do walki. Jeśli jesteś w stanie to zrobić, mogę nawet zaoferować ci coś, co cię zainteresuje. ― Czubek jego nosa przesunął się po szczęce Czarnego Pana, wdychając jego słono-słodki zapach. ― Pozwolę ci odejść ― mruknął ― ale tylko ten jeden raz. Jeśli znowu się spotkamy, przysięgam, że nie będę tak miły.

― HEJ!

Dragomir spojrzał ponad ramieniem Voldemorta i spostrzegł patrzącego na nich z niewielkiej odległości młodzieńca. Czupryna czarnych włosów sterczała w każdym możliwym kierunki, a blizna widniejąca na jego czole mówiła więcej niż ustne przedstawienie.

Posłał Harry’emu nieprzyjemny uśmiech, wsunął zakrwawiony palec do ust i powoli oblizał go, niczym smakosz próbujący wino. W następnej chwili zniknął w wirze mgły.

xXx

― Co to, do cholery, było? Kim był ten facet?!

Harry nie mógł otrząsnąć się z szoku. Niecodziennie widywało się Czarnego Pana w objęciach innego mężczyzny.

Wróć.

Policzki młodzieńca nieco się zaróżowiły, kiedy przypomniał sobie, że jeszcze nie tak dawno sami znajdowali się w podobnej (jak nie bliższej) pozycji, nawet jeśli było tak tylko dlatego, że wymagało tego przetrwanie.

Niemniej to, czego był właśnie świadkiem, było naprawdę dziwne. Nie był całkowicie pewny, czy Voldemort i ten ktoś się przytulali, ale nawet jego słaby wzrok mówił, że stali zdecydowanie zbyt blisko siebie i ten zakapturzony dziwoląg robił z twarzą Voldemorta coś obrzydliwego - a przynajmniej tak to wyglądało. Harry śmiał podejrzewać, że ten mężczyzna (bo był zdecydowanie zbyt wysoki na kobietę) nie był aurorem (zbyt przerażająca myśl), ale kim do diabła w takim razie?

Śmierciożercą?

I od kiedy Voldemort był tak blisko ze swoimi podwładnymi?

Riddle nie miał prawdziwych przyjaciół, więc kim, do diabła, był pan Dziwny?

Chociaż ważniejszym pytaniem było: dlaczego Voldemort tak nagle się przeraził?

Harry chciał jakichś odpowiedzi, więc zdecydował się zignorować miękkość kolan i zmusił się do zbliżenia się do Czarnego Pana, który wciąż stał jak spetryfikowany.

― Co tu się dzieje? ― zapytał znowu, a do jego głosu tym razem przedarł się strach.

Voldemort bez pośpiechu odwrócił głowę, by spojrzeć na źródło swoich kłopotów. Jego szkarłatne oczy wydawały się martwe i puste.

― Nie twój interes, Potter ― odparł, po czym odwrócił się, patrząc nieprzytomnie w bliżej nieokreślonym kierunku.

― Czy to Śmierciożerca? Planujesz…?

― Odejdź, nim wybiję ci te nonsensy z głowy ― warknął, nie patrząc na młodszego mężczyznę.

Harry przygryzł wargę i skinął.

― To całkiem dobry pomysł.

Owinął swoje zmarznięte ręce wokół klatki piersiowej, po czym zmusił zesztywniałe nogi, by się poruszyły. Głupotą z jego strony było oczekiwanie jakichkolwiek odpowiedzi. Voldemort, ten drań, mówił mu tylko o tym, co uważał, że nie będzie miało w przyszłości znaczenia. Jednym słowem, nie mówił mu nic. Harry był pewien, że Riddle rozumiał, co się dzieje i był co najmniej zaznajomiony z tym tajemniczym mężczyzną, a na dodatek wiedział, kto więził ich w jaskini (i właśnie w tej chwili Harry zaczął żałować swojej wylewności sprzed kilku minut - było oczywistym, że się mylił; Voldemort raczej nie pozwoliłby uwięzić się w jaskini tylko po to, by zaczęli współpracować) i wiele innych rzeczy, którymi nie chciał się podzielić.

Nieważne.

Harry’ego już to nie obchodziło. Zamierzał znaleźć najszybszą drogę do Londynu i zapomnieć o tym całym niedorzecznym wydarzeniu.

Gdyby jeszcze tylko jego ciało chciało z nim współpracować i nie trzęsło się pod wpływem silnych dreszczy.

Harry wziął bolesny wdech i spróbował przełknąć posmak żółci. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć pomoc, nim umrze z zimna.

Miękki dźwięk jedwabnych szat i stłumiony odgłos, który nastąpił zaraz po nim, sprawiły, że zamarł.

Na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie, kiedy odwrócił się i zorientował, że Voldemort nie tylko nie poruszył się z miejsca, ale klęczał i… och, Merlinie…

Oniemiały Harry niczym w zwolnionym tempie patrzył, jak mężczyzna upada w śnieg.

― Voldemort? ― wyszeptał. Wyglądało to tak przerażająco ostatecznie, że on… że on…

Nie wiedział, co zrobić. Jego umysł wybrał najgorszy moment na urządzenie sobie przerwy. Jedyną rzeczą, na której potrafił w tej chwili się skupić, było rozmyślanie o tym, czy powinien czuć radość, chociaż wszystkie instynkty podpowiadały mu, że to niemożliwe.

Wolniej niż zamierzał, odwrócił się od bezradnego czarodzieja i ponownie podjął swój chód.

― To nie mój problem ― mruknął. ― Bez względu na to, co mi powiedział, bez względu na to, jak się czuję, wciąż jest masowym mordercą. Zabił moich rodziców.

Kiedy wypowiedział to głośno, mógłby przysiąc, że zobaczył ich przed sobą. Wytężył wzrok, ale nic; to była tylko projekcja jego zmęczonego umysłu, co tylko wzmogło jego nagły smutek.

― Zabił wielu ludzi, których kochałem. Nawet jeśli nie osobiście, to umarli oni za jego sprawą; w sumie to niewielka różnica. Ginny… ― Jego gardło zacisnęło się i niemal mógł poczuć jej dłoń gładzącą go po plecach, ale kiedy odwrócił się, zniknęła. ― Fred, Tonks, Lupin, Dumbledore, Zgredek… Syriusz… ― Kiedy wymieniał kolejne imiona, postacie zaczęły pojawiać się przed jego oczami, patrząc na niego smutno z jakimś rodzajem zrozumienia. ― Dość! Dość tego! Chyba zaczynam wariować! ― krzyknął i ukrył twarz w dłoniach. Jego plecy zadrżały, kiedy próbował przełknąć ogromny uścisk w gardle. Potarł piekące oczy i wytarł napływające do nich łzy. Kiedy w końcu podniósł wzrok, zamarł.

Nagle przed oczami stanęła mu jego własna postać.

To musiała być halucynacja, ponieważ nawet bez okularów widział jej rysy bardzo dokładnie. Jego druga wersja była czysta, ogolona i ubrana w nowe, aurorskie szaty. Jej jasnozielone oczy nie były jednak skupione na Harrym, ale patrzyły za niego.

― No tak ― mruknął. ― Albo jestem narcystycznym kretynem, albo zaczynam majaczyć.

Próbował odejść, ale ten drugi Potter stanął mu na drodze.

― Spadaj, wytworze mojej wyobraźni!

Nie oczekiwał odpowiedzi i też jej nie dostał.

― Przynajmniej przestań się na niego patrzeć! Nie wrócę po niego, nie zamierzam mu pomóc! Nie mogę! Ze względu na tych wszystkich ludzi, których w przyszłości zabije! Nie, nie, definitywnie NIE!

Ten drugi Harry dalej po prostu patrzył, sprawiając, że prawdziwy zacisnął dłonie w pięści.

― Och, boże, to najpewniej moja podświadomość do mnie przemawia. Co mam zrobić?! Przecież nie mogę pomóc temu draniowi, a wiem, że jeśli tego nie zrobię, nigdy nie spocznę w pokoju. Nawet sto lat później, na łożu śmierci, myślałbym o tym, jak, zawdzięczając życie Voldemortowi, sam pozwoliłem mu umrzeć… Prześladowałoby mnie to przez wieczność… Zbzikowałbym jak Jęcząca Marta...

Projekcja jego wykończonego umysłu zniknęła, co Harry’ego wzburzyło. Pomaszerował z powrotem do skulonego mężczyzny, ukląkł i złapał go za kołnierz.

― Dobra, draniu, słuchaj. Prędzej bym umarł, niż miał wobec ciebie jakiś dług! Więc próbuję ci pomóc, ale tylko po to, aby go spłacić!

Złapał jego bladą brodę, ale czarodziej wydawał się być nieprzytomny.

― Nie śmiej doszukiwać się w tym czegoś osobistego! Nienawidzę cię! Nie ma nic przyjemnego w dotyku twojej nieoczekiwanie delikatnej skóry…



― Aaaa! Nie chciałem tego powiedzieć! Znowu gadam głupoty! Widzisz, mój umysł powoli przestaje działać!

Czarny Pan nie odpowiedział.

― Dobra. Dawaj, draniu. Cichy Voldemort, dobry Voldemort.

Harry sapnął, kiedy w końcu wciągnął czarodzieja na swoje plecy, prawie uginając się pod jego ciężarem.

― Nie mam pojęcia, jak kupa kości może być tak ciężka ― westchnął, łapiąc mężczyznę pod kolanami, po czym ruszył w swoją niekończącą się podróż przez cichy las.

xXx

W międzyczasie, gdzieś w cieniu nieco zmrużyły się granatowe oczy.

― Harry Potter… Hmm, to interesujące.

xXx

Sekretna baza Zakonu Feniksa
Grimmauld Place 12, Londyn
20 grudnia 2000, 9:10 rano


― George! Ron! Przestańcie. W. Końcu.

Okrągła twarz Molly Weasley zrobiła się różowa z wysiłku, kiedy starała się ich rozdzielić.

Gdy to nie pomogło, zaczęła uderzać ich po głowie pierwszą rzeczą, która wpadła jej w ręce - czyli drewnianym spodkiem.

― Nie jesteście już za starzy na to, by zachowywać się jak małe dzieci?

― Ale… mamo.. ― zaczął Ron, jednak umilkł pod spojrzeniem Hermiony. Wymamrotał pod nosem kilka obelg, po czym puścił głowę George’a, którą próbował oskalpować przy pomocy dłoni.

Starszy chłopak zaczął chichotać, ale momentalnie umilkł, gdy matka spojrzała na niego wyczekująco z założonymi na piersi rękami.

― Dobrze wiedzieć, że jeszcze nie opuścił was humor.

Ron i Hermiona zamarli na chwilę, po czym odwrócili głowy w kierunku, z którego nadszedł głos. Stanęli twarzą w twarz z ciemnoskórym czarodziejem, który opierał się o framugę.

― KINGSLEY!? ― sapnęli jednocześnie.

― Cześć, dzieciaki. ― Uśmiechnął się ciepło i przyciągnął ich do krótkiego uścisku. ― Jak się macie?

Hermiona była pierwszą, która zdołała połączyć usta z mózgiem.

― Jak to możliwe?! Jak udało ci się uciec z Azkabanu?!

Czarodziej potrząsnął głową i potarł miejsce między brwiami.

― To skomplikowane… Zacząłem już tłumaczyć to innym, ale skoro tu jesteście, nie mam nic przeciwko, by to powtórzyć. Tylko usiądźmy.

Ron wciąż był nieco oniemiały i pozwolił Hermionie zaprowadzić się do jadalni, gdzie czekało już na nich kilku członków Zakonu.

Obecność Elfiasa Doge’a i Dedalusa Diggle’a nie były niczym nadzwyczajnym, ale młoda para spojrzała z zaskoczeniem na skuloną w rogu osobę. Był to tchórzliwy, mały złodziejaszek Mundungus Fletcher. Jego twarz była chorobliwie blada i chyba po raz pierwszy w życiu nie odzywał się ani słowem.

Ron w końcu otrząsnął się z szoku.

― Co on tu, do diabła, robi?!

― Ach, Ron, jeśli się uspokoisz i zajmiesz miejsce, wszystko wam wyjaśnię ― powiedział spokojnym głosem Kingsley. Rudzielec przez chwilę przestępował z nogi na nogę, jakby zastanawiając się, czy powinien go posłuchać, ale w końcu podążył za swoją dziewczyną. Wślizgnął się na krzesło, przybierając gburowatą pozę. Kingsley westchnął, po czym zaczął:

― Jak już wam mówiłem, mamy kilka problemów.

― Poza Umbrisuką na stanowisku Ministra Magii? ― zaśmiał się George.

― George! ― krzyknęła Pani Weasley. Kiedy jej głos odniósł odpowiedni skutek, spojrzała ponownie na Shacklebolta, który tylko skinął głową.

― Jest dużo gorzej. Mam wrażenie, że wampir przejął Ministerstwo. Gdyby nie Mundungus, jestem pewien, że byłbym martwy. Nie powiedziałbym do końca, że mnie ocalił, ale bez niego by mnie tu nie było.

Ta wypowiedź przykuła uwagę wszystkich zgromadzonych. Nagle rozbrzmiały takie pytania jak: O czym ty mówisz? Co dokładnie się stało? Kiedy to się stało? Dlaczego aurorzy nic nie zrobili?

Kingsley westchnął, powoli pocierając skronie i pochylił się nad stołem.

― Nie wiem. Mogę wam tylko powiedzieć, co widziałem i co o tym myślę.

Narósł zgiełk i Artur Weasley musiał w końcu postukać pustym kuflem w stół, nim Kingsley mógł znowu mówić.

― Podczas mojego uwięzienia w Azkabanie byłem świadkiem dziwnych rzeczy. Na przykład mugoli. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ktokolwiek z rządu miałby chcieć ich osadzić w czarodziejskim więzieniu. To było przed tym, nim zauważyłem, że byli pod kontrolą tych ubranych w aurorskie szaty krwiopijców . Wszystko stało się dla mnie jasne, kiedy zobaczyłem, co z nimi robią. Zmieniali ich w wampiry i pozwalali nowonarodzonym szaleć po więzieniu. Możecie wyobrazić sobie, że przywróceni dementorzy nie mieli nic przeciwko. Żyję chyba tylko dlatego, że miałem osobną celę.

Kingsley zamilkł, by napić się ze swojego kufla, a pokój ogarnęła cisza. Czuł na sobie ich przerażony wzrok.

― Później dwóch aurorów przyszło po mnie i próbowałem ich ostrzec, ale zakazali mi mówić. Wzięli mnie do Ministerstwa w celu dalszych przesłuchań. Wchodziliśmy właśnie do przygotowanej celi, w rogu pojawiły się cztery wampiry, ciągnąc za sobą Mundungusa.

― Skąd wiedziałeś, że są wampirami? ― zapytał zaintrygowany Elphias.

Kingsley posłał mu spojrzenie, nim rozpiął pierwsze dwa guziki swojego płaszcza. Z boku jego szyi widoczna była brzydka blizna.

― Wiedziałem. Mogłem ich wyczuć, ponieważ zostałem raz ugryziony. ― Ciężka cisza wypełniła pokój, kiedy wszyscy zasłuchiwali się w jego spokojnym głosie. ― Wampiry przybyły do aurorów, nie po mnie. Zażądały współpracy przy planowanym napadzie. Z jakiego powodu dały im możliwość wyboru, oczywiście spotykając się z odmową. Chwilę później zaczęła się walka, a ja wraz z Mundungusem znaleźliśmy się w samym jej środku. Ten mały złodziej jakimś cudem zabrał jednemu z aurorów różdżkę i wycelował w wampira, który zagradzał mu drogę, jednak chybił i zamiast tego trafił w tego, który zamierzał wgryźć się w moją szyję. Uciekliśmy tylko dlatego, że złapałem go i aportowałem nas stamtąd, nim rozerwali nas na strzępy.

Znowu się napił.

― Tak więc najważniejsze wieści, jakie ze sobą przynoszę, to że ilość obecnych w Ministerstwie wampirów rośnie. Ktoś zaczyna formować armię i nikt nie kwapi się, by coś z tym zrobić.

― Może stać a tym Voldemort? ― zapytała Hermiona, ignorując poruszenie, które, jak zwykle, wywarło to imię.

Kingsley jednak zdawał się nad tym zastanawiać.

― Współpraca z nimi byłaby z jego strony niebywale głupia, a choć można oskarżać go o wiele rzeczy, nie jest idiotą ― powiedział w końcu. ― Wampiry są najbardziej niebezpiecznymi i nieprzewidywalnymi potworami ze wszystkich mrocznych istot. Pochłaniają dusze zupełnie jak dementorzy, karmią się ludźmi jak wilkołaki i są martwi, a raczej nieumarli jak inferiusy. Zdarzają się czarodzieje i czarownice wystarczająco naiwni, by myśleć, że mogą ich zrozumieć, ale są w poważnym błędzie. Ich złośliwość wywodzi się z istoty ich istnienia. Mogą to ukryć, ale nigdy przed tym nie uciekną.

― Jakim cudem w ogóle istnieją, skoro nie posiadają duszy? ― tym razem to Percy zadał pytanie.

Wszyscy odwrócili się, by spojrzeć na niego z zaciekawieniem.

― Myślę, że Lupin najlepiej odpowiedziałby na to pytanie ― westchnął Artur i poruszył się. Nie mógł powiedzieć: “ale nie ma go już z nami”, więc kontynuował: ― Wampiry i wilkołaki nie są do siebie podobne. Ich wzajemna niechęć wobec siebie również może być przyczyną, dla którejSami-Wiecie-Kto trzymał się o nich z daleka. Ale wiemy również, że jest on zdolny do niemal wszystkiego. Jednak, odpowiadając na twoje pytanie, sekret egzystencji wampirów jest ukryty w procesie ich “narodzin”. Musisz zrozumieć, jak bardzo się od nas różnią. Nie mogą rozmnażać się jak wszystkie inne istoty, ponieważ ich ciała nie są zdolne do reprodukcji. Jedynym sposobem jest zabicie ludzi. Kiedy to się dzieje, dusza ofiary zostaje stracona na wieczność, zastąpiona przez kopię, która, jak sądzę, działa bardzo podobnie, pozwalając nowonarodzonemu wampirowi doświadczać niektórych uczuć, a także zapewniając potworowi jego własną egzystencję. Jednak to wciąż tylko zwykły substytut. Uczucia nie są prawdziwe. Nigdy nie poczują prawdziwego współczucia, miłości czy czegokolwiek. To logiczne, ponieważ w tym przypadku nie mogliby istnieć, nie mogąc karmić się żyjącymi.

― To brzmi naprawdę okropnie. ― Ron przełknął głośno ślinę. Ojciec spojrzał na niego i skinął. Chciał coś powiedzieć, ale Hermiona była szybsza.

― Co dokładnie dzieje się z duszą ofiary?

Dedalus Diggle, który był jedynym, który wydawał się nieco zmęczony tą rozmową, nawet nie otworzył oczu, kiedy odpowiedział:

― Nikt nie wie, ale uznaje się, że dusza zostaje zniszczona, gdy wampir zabiera siły witalne. Właściwie atak wampira jest uznawany za drugą najgorszą rzecz, jaka może ci się przydarzyć, zaraz po pocałunku dementora. Nawet literatura mówi, że pozostawiają stałe uszkodzenie, mentalne i fizyczne.

― Co mogę tylko potwierdzić ― powiedział Kingsley grobowym głosem.

― J...jak dokładnie ktoś staje się wampirem? ― zapytał Ron, z minuty na minutę coraz bardziej nerwowy.

Hermiona westchnęła i spojrzała na niego z irytacją.

― Ron, powinieneś to wiedzieć! I byłoby tak, gdybyś poświęcał w szkole trochę więcej uwagi książkom.

― Poświęcałem! Ale w Hogwarcie mówiliśmy tylko o tym, jak rozpoznać wampira i go zabić, nie jak się stać jednym z nich! ― odparł urażony.

George przewrócił oczami, gdyż wyglądało to na kolejną kłótnię kochanków. Ale Hermiona zaskoczyła go, kiedy odpowiedziała:

― To bardzo proste. Przeczytasz to w każdej książce na temat mrocznych stworzeń. Aby stać się wampirem, jeden z nich musi wyssać całą twoją krew. A przynajmniej tyle, by twoje serce się zatrzymało.

Jej chłopak podświadomie ścisnął się za gardło.

― Ale… to musi zabierać sporo czasu, nie?

Kingsley starał się nie zaśmiać na to desperackie, niemal dziecinne pytanie.

― Nie, właściwie to nie ― zaczął. ― Zazwyczaj nie zabiera to więcej niż minutę. Zawsze zależy od wprawy wampira oraz tego, jak “duża” i “stara” jest ofiara. Po pierwszym ugryzieniu jest zazwyczaj kompletnie unieruchomiona przez kilka sekund, więc wampir może najeść się bez żadnych przeszkód. Jeśli zdecyduje się zabić, nie ma szansy, by to przetrwać. Jedyne przypadki, o jakich słyszałem, to kiedy wampirowi przerwano w czasie karmienia. O ile wiem, te potwory są ostrożne podczas posilania się, ponieważ stają się wówczas bezbronne, jako że ich uwaga jest tym całkowicie pochłonięta, a główna broń zajęta. Przez to są dość podatne na zranienie, dlatego wszystko musi zachodzić bardzo szybko.

Ron zacisnął ochronnie ręce na szyi.

― Więc niemal każdy atak kończy się nowym wampirem?

― Nie, jak widzisz, wciąż jestem żywy.

Poprzedni Minister wstał i podszedł do młodszego mężczyzny.

― Większość wampirów nigdy nie pije na tyle dużo, by zabić ofiarę, więc zazwyczaj istnieje duża szansa na powrót do zdrowia. Powstrzymują się, ponieważ zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich działań. Nie chodzi mi o to, że mają opory przed zabiciem kogoś. Ale rzeź na mugolach i czarodziejach rozpętałaby otwartą wojnę, która dla obu gatunków skończyłaby się fatalnie. Są to bardzo egoistyczne potwory, skupione głównie na sobie i z pewnością nie chciałyby zostać zlikwidowane. Dlatego też spotkanie z tymi bardziej ucywilizowanymi jest dość bezpieczne i aurorzy zazwyczaj puszczają je wolno. Ale jest wiele grup wampirów i niektóre z nich wolą zabijać przy każdym ataku. Dopiero potem decydują, który nowy wampir przeżyje, a zazwyczaj wyrywają im kręgosłupy, nim proces odrodzenia zostanie ukończony.

W tej chwili Pani Weasley wstała z krzesła i skrzyżowała ręce.

― Z całym szacunkiem, Kingsley, ale skończ już. Przerażasz moje dzieci!

― Nie boję się! ― sprzeciwił się Ron, gdy wszyscy na niego spojrzeli.

― Oczywiście że nie, tchórzu. Sssss. Czy to wąż pod stołem?

Ron był gotów ponownie rzucić się na starszego brata, ale Hermiona powstrzymała go i odwróciła się do Kingsleya.

― Wampiry, które widziałeś w ministerstwie, nie były tymi cywilizowanymi, prawda?

Pomieszczenie ogarnęła cisza.

Kingsley zawahał się przez moment.

― Szczerze mówiąc, Hermiono, nie wiem. Ale musimy coś z nimi zrobić. Niebezpieczeństwo, jakie reprezentują, zagraża naszemu społeczeństwu.

Wszyscy przytaknęli, każdy pogrążony we własnych myślach.

― A co z Harrym? Nie słyszałeś nic na jego temat, będąc w Azkabanie? Nawet plotek? ― zapytała, chwytając się ostatniej deski ratunku.

Ramiona Kingsleya opadły, kiedy odpowiadał:

― Przykro mi, ale nie. Większość czasu byłem sam. Obawiam się, że wam z tym nie pomogę.

Panujący w pomieszczeniu nastrój tylko jeszcze bardziej podupadł. W tej chwili wszyscy pomyśleli o tym samym:

Harry, gdzie jesteś?


___________________________________

Zamierzam rozpalić ogień w twoich zimnych oczach ~






~ Wielbię cię ~

Powrót do góry Go down
http://devon-syberyjczyk.pl
Disharmony
Jeździec Apokalipsy
Jeździec Apokalipsy
avatar

Female Wiek : 21
Liczba postów : 351
Rejestracja : 20/01/2015

PisanieTemat: Re: [HP][T][NZ] Wypadek w Jaskini [HP/LV] [18/36]   Wto Kwi 11 2017, 16:38

Rozdział Dziewiętnasty



Dwudziestego pierwszego grudnia 2000, jakoś popołudniem.

Beep... Beep... Beep... Beep...

Kruczowłosy młodzieniec zmarszczył brwi i potarł policzek. Co to za irytujący dźwięk, pomyślał z roztargnieniem. Gdyby nie był tak senny, może nawet spojrzałby na rzecz, która wyrwała go ze snu. Zamiast tego jednak wtulił się w miękką poduszkę, mając nadzieję szybko z powrotem zasnąć. Niemal zapomniał, jak to jest zrobić sobie drzemkę w suchych i ciepłych ciuchach.
Ale było w tym coś bardzo dziwnego i, zmęczony czy nie, zaczął się nad tym zastanawiać.
Z wciąż zamkniętymi oczami przesunął dłonią od poduszki aż do bardzo wygodnego materaca, na którym leżał. Nie pamiętał, jak dostał się do tego łóżka ― ani jakiegokolwiek innego. Tak właściwie, co było ostatnią rzeczą, jaką pamiętał?
Wszystko wydawało się takie zamglone…
Kroki… Zbliżały się…
Nagle usłyszał kliknięcie klamki i niskie głosy. Nie rozpoznawał ich, ani nie rozumiał tematu dyskusji, która naturalnie wzbudziła jego ciekawość. Być może powinien rzucić okiem. Dobrze by było, gdyby wiedział, gdzie się znajdował i kim byli otaczający go ludzie.
Obcy skierowali się do jego łóżka, więc instynktownie skrzyżował ręce na piersi w obronnym geście. Próbował na nich spojrzeć, ale jego senne oczy odmawiały otwarcia się. Jego umysł wciąż był zawieszony w otchłani zapomnienia.
― Wydaje mi się, że się obudził ― powiedział delikatny, kobiecy głos, po czym poczuł ciepłą dłoń na policzku. Podążył za tym cichy śmiech. ― To młody, przystojny mężczyzna, wystarczył mu prysznic i golenie.
― Panno Ross. ― Rozległ się głębszy głos z drugiej strony łóżka Harry’ego. ― Ile razy mam ci powtarzać, że dotykanie pacjentów w tak poufały sposób jest nieprofesjonalne? Szczególnie, kiedy ten jest nieprzytomny.
Kobieta westchnęła i Harry poczuł, jak jej palce puszczają jego podbródek.
― Przepraszam, doktorze Cooper, nie zrobię tego ponownie ― wyszeptała przepraszającym tonem. Wówczas jej ciepła dłoń przeniosła się na ramię Harry’ego i potrząsnęła nim lekko. Młody czarodziej poczuł jej delikatny oddech na policzku, gdy się pochyliła.
― Proszę pana… Proszę pana! Słyszy mnie pan?
Harry chciał odpowiedzieć, ale jego język wydawał się być równie nieobecny co powieki. Było to ekstremalnie irytujące. Warknął i zmusił się do uniesienia powiek na tyle, że pojawiła się między nimi niewielka przerwa.
Niewyraźne barwy powoli wyostrzały się w niejasną formę twarzy młodej, uśmiechającej się do niego kobiety, która się nad nim pochylała. Miała długie, tlenione blond włosy związane w kitek i jasne, orzechowe oczy. Zdezorientowany spojrzał w górę na mężczyznę, który miał na sobie długi, biały fartuch. Z powodu jasnego światła wpadającego przez duże okno, Harry nie mógł dostrzec jego twarzy
― Kim jesteście? Gdzie jestem? ― Próbował zapytać, ale jedynym, co wydobyło się spomiędzy jego warg, był niezrozumiały zgrzyt.
― Proszę nie próbować mówić ― powiedział mężczyzna w białym fartuchu i podszedł bliżej. ― Wybacz, suche gardło jest rezultatem pańskiego leczenia. Oddychał pan ciepłym powietrzem, by szybciej ogrzać wymarznięty organizm. ― Zamilkł na moment. ― Proszę wybaczyć, że jeszcze się nie przedstawiłem. Jestem doktor Cooper a to siostra Ross ― wskazał na blondynkę siedzącą na skraju jego łóżka. ― Znajduje się pan w szpitalu Crawle’a. Mogę zapytać, jak się pan nazywa? ― zapytał, patrząc na Harry’ego z wyraźnym zainteresowaniem.
Młodzieniec wiedział, że powinien być zaskoczony. Wiedział, że powinien zapytać, jak się tu dostał i co mu się stało, ale nie mógł. Kosztowałoby go to zbyt dużo energii, której nie posiadał. Wszystkim, czego teraz chciał, było zasnąć.
Ale lekarz wciąż czekał na jakąś odpowiedź. Cholera.
― H...Har...Harry… Potter ― wychrypiał w końcu i odkaszlnął, by oczyścić gardło. Nie pomogło; jego język wciąż był suchy i szorstki jak stara podeszwa. Poza tym jego oczy zdawały się być niezależnym bytem, bo zdecydowały się zamknąć wbrew jego woli.
W rzeczywistości była to jedyna rzecz, na której naprawdę się skoncentrował. Musiał wiedzieć, gdzie znajdował się jego arcywróg. Mógł nie pamiętać, jak długo, ani jak daleko niósł nieprzytomnego mężczyznę, ale doświadczenie tego było czymś, o czym nie potrafił tak po prostu zapomnieć. Zmusił się do ponownego otwarcia oczu i rozejrzenia się po oddziale, omiatając wzrokiem białe ściany i szpitalne wyposażenie. Zidentyfikował nawet pikającą maszynę, która stała obok niego, przedstawiając jego powolne, regularne bicie serca. W zasięgu wzroku jednak nigdzie nie dostrzegał Voldemorta. Czyżby zdążył już uciec i właśnie planował jego ponowny upadek, a może odszedł na dobre? Musiał poznać odpowiedź, nim ponownie odda się błogiemu zapomnieniu.
― G...gdzie...Volde...Mor? ― spróbował zapytać.
Po krótkiej chwili ciszy odezwała się pielęgniarka.
― Myślę, że pyta o swojego… ech… dziwnego towarzysza ― powiedziała, patrząc na lekarza.
Mężczyzna skinął i spojrzał na młodzieńca.
― Wciąż jest na OIOMie ― odpowiedział. ― Doktor Rodgers i reszta zespołu robią co w ich mocy, by utrzymać go przy życiu. Wierzę, że przyjdzie tu, kiedy stan jego pacjenta się ustabilizuje, by osobiście przeprosić cię za ten nieszczęśliwy wypadek, który doprowadził cię do tego stanu. Póki co, odpoczywaj.
Harry przestał go słuchać. Częściowo dlatego, że nie był w stanie utrzymać powiek już ani chwili dłużej, a także z powodu nie mających dla niego sensu słów, które wypowiedział lekarz. Odleciał z powrotem do krainy snów, a ich głosy zniknęły powoli za gęstą mgłą.
― Więc nazywa się Harry Potter. Zapisz to w raporcie I… jak nazwał swojego towarzysza?
― Hm… wydaje mi się, że powiedział Walter, doktorze. Walter Moore.
*****
Azkaban
Dwudziestego pierwszego grudnia 2000, późny wieczór.

Więc tak wygląda prawdziwe piekło, pomyślał Draco, patrząc w dół na rzeź, która rozgrywała się za bramami Azkabanu. Był śmierciożercą niemal przez pięć lat, ale w dalszym ciągu nie zdołał się nauczyć, jak przyglądać się takim masakrom z pustym wyrazem twarzy. Nie był jak ojciec, który mógł wytrzymać to bez mrugnięcia okiem przez dziesięcioletnia służenia Voldemortowi, chociaż nigdy sam nie uczestniczył w mordach. Jego ojciec już mógł stać się ofiarą dla jednego z tym krwiopijców, a Draco tylko siedział tu i obserwował sytuację. Młodzieniec był na siebie wściekły, że nie było nic, co mógłby zrobić.
Już i tak przekroczył wszelkie granice, kolejny krok sprowadziłby na niego bolesną śmierć.
Jego rodzice jednak przekroczyli je ze względu na niego. Ojciec porzucił Czarnego Pana podczas bitwy o Hogwart, by go znaleźć i zapewnić mu bezpieczeństwo. Tacy byli Malfoyowie. Rodzina znaczyła dla nich wszystko i on również nie zamierzał łamać tej tradycji. Właśnie dlatego on, Draco Malfoy, młody czarodziej z minimalnymi umiejętnościami i doświadczeniem bitewnym podążył za ich przykładem i również odwrócił się od Pana, porzucając misję, by uratować ojca. Bez znaczenia, jak samo zadanie, które mu powierzono, było absurdalna. Kiedy je otrzymał, dostrzegł poziom desperacji Czarnego Pana, który zlecił mu niemożliwą do wykonania misję. Draco nie rozumiał, jak ten w ogóle mógł sądzić, że sojusz z wampirami przyniesie im jakiekolwiek korzyści, skoro te potwory nie obchodziło nic poza krwią. A teraz, kiedy wiedział, że król wampirów, którego miał spotkać w Rumunii, został zabity i zastąpiony przez znanego wroga Voldemorta, maniaka tytułującego siebie Mistrzem, nie czuł potrzeby mierzenia się ze swoim Panem i tłumaczenia mu, dlaczego zawiódł. Zamiast zapewnić Czarnemu Panu wygraną walkowerem, sprowadził na całą populację brytyjskich czarodziejów wymarcie. A z tego co właśnie widział, to była kwestia niewielkiej odległości czasu.
Wampiry nie wiązały się kontraktami z ludźmi, tylko ich pożerali. Jeśli zdołał się czegoś nauczyć podczas swojej misji to właśnie tego. Czarny Pan nie byłby zachwycony.
A to nawet nie był jego największy problem. Nie miał pojęcia, dlaczego Mistrz, ta krwiożercza pijawka, który wydawał się być niezadowolona, jeśli w ciągu dnia nie zabiła chociaż jednego nieszczęśnika, trzymał go przy życiu, traktując jak jakiegoś pieszczoszka.
Kilkakrotnie jasno dał do zrozumienia, że nie uważa Czarnego Pana za nic więcej jak jedną ze swoich przyszłych kolacji i rozważał przejęcie jego armii, mimo, że dotychczas nie odważył się zaszkodzić jego poplecznikom. Albo był w błędzie? W sumie był on jedynym Śmierciożercą, który wrócił z Rumuni. Nie miał pojęcia dlaczego nie został zabity. Najgorsze w jego obecnej sytuacji było to, że żył pod ciągłym nadzorem. Leontina, kolejne nosferatu, zazwyczaj nie spuszczała z niego oka. Musiała działać na polecenie Mistrza; z pewnością nie robiła tego z powodu głębokiej sympatii.
Zmusił się, by ją tolerować, gdy śledziła go niczym nieszkodliwy cień. Absurdem było to, iż właśnie ona z kamienną twarzą powiedziała mu, iż Azkaban stał się wampirzym przedszkolem. Od tej chwili wiedział, że musi uciec. I teraz, po wielu godzinach daremnych prób, w końcu wyrwał się z jej uścisku. Szczerze mówiąc, wolał nie poznać konsekwencji swego czynu.
Głośny krzyk wyrwał go z przemyśleń. Dalsze wahanie nie miało żadnego sensu; doszliwszy tak daleko i tak nie miał możliwości odwrotu. Z ostatecznym westchnieniem wyciągnął różdżkę i zeskoczył w dół po dachu, dołączając do piekielnego spektaklu.
Krew. Krew. Krew. Była wszędzie. Co za obrzydliwość. Nie mógł tego znieść. Intensywny zapach sprawił, że poczuł swój ostatni posiłek w gardle. Przełknął i zdecydował szybko się rozejrzeć. W końcu niegdyś ćwiczył bycie szpiegiem: szybkim, efektywnym i niewidzialnym. Powinien być w stanie zignorować to co się wokół niego działo, ale były rzeczy, których nie mógł słuchać, takie jak błagalne krzyki o łaskę, które zostały ucinane tylko po to, by zostać zastąpionymi przez nowe. Nadal musiał koncentrować się na swojej misji. Po raz pierwszy wziął sprawy w swoje ręce. Wiedział, że jest skazany na porażkę, ale mimo to zamierzał odnaleźć ojca. W jego własnej głowie brzmiało to odważnie, ale w rzeczywistości był zwyczajnie przerażony.
Gdzie dokładnie mogli więzić jego ojca? Zastanawiał się nad tym. Jego matka powiedziała mu, że kiedy raz go odwiedziła (nie pozwolili jej więcej się z nim zobaczyć) spotkali się w jakimś przystosowanym do tego pokoju na trzecim piętrze. Ale biorąc pod uwagę informacje otrzymane od reszty Śmierciożerców z wewnętrznego kręgu, większość więziono na szóstym piętrze.
― Reducto! ― krzyknął na dwa nowonarodzone wampiry, które wybrały go na smaczny posiłek.
Zadowolony, patrzył jak zaklęcie odrzuca je na ścianę.
Kto by pomyślał, że sam wyruszy na misję ratunkową do więzienia? Wszyscy zawsze go lekceważyli.
Nagle temperatura zaczęła powoli spadać. Cholera, dementorzy, pomyślał, kiedy dostrzegł kolejne trzy nadciągające postaci z drugiego końca wąskiego korytarza. Musiał ich uniknąć. Jego zaklęcie patronusa nigdy nie działało wystarczająco efektywnie, by sobie z nimi poradzić, a tym razem nie było z nim kontrolującego ich Czarnego Pana. Jedynym rozwiązaniem było szybko wspiąć się po schodach i gdy to zrobił, na jego drodze pojawiły się kolejne wampiry.
Znalazł się w kolejnym wąskim korytarzu z tymi samymi pustymi celami i tą samą krwią na ścianach. Strach, który do tej chwili rodził się głęboko wewnątrz niego, tłumiony zdrowym rozsądkiem, powoli zaczął wypływać na zewnątrz.
Głupim z jego strony byłoby zabłądzić w tej plątaninie ciemnych korytarzy.
Klapnięcie.
Dźwięk, który rozległ się na cal od jego szyi niezwykle go zaskoczył.
Do tego stopnia, że popełnił fatalny błąd. Różdżka wypadła mu z dłoni, przez co stracił równowagę i poleciał do przodu. Po raz pierwszy odkąd wszedł do Azkabanu krzyknął w przerażeniu. Instynktownie próbował wymacać swoją różdżkę, ale wampir już na nim siedział, blokując dostęp do jego broni. Draco próbował odsunąć się tak szybko, jak mógł, tylko bawiąc swoimi wysiłkami bestię. To była kobieta, z pewnością piękna, ale teraz jej twarz wykrzywiała rządzą krwi, a jej długie, bordowe włosy oblepiała oleista ciecz skapującą z kilku kosmyków
― Uroczo ― wyszeptała i lubieżnie oblizała wargi, patrząc na swoją wkrótce―ofiarę, a Draco zastanowił się, czy to moment, w którym życie powinno zacząć przebiegać mu przed oczami.
Ale wówczas kobieta nagle przestała, prychając cicho na jakiś cień i zniknęła.
Draco nie miał nawet szansy wzięcia głębokiego oddechu, nim rozległ się kolejny słodki, kobiecy głos. Nie sądził, żeby to było możliwe, ale miał wrażenie, że jego strach w jednej chwili wzmógł się dziesięciokrotnie.
― Szkoda, twoja gra skończona. Chociaż muszę przyznać, że jesteś dobry w chowanego, Draco. Dobrze się bawiłam ― zachichotała delikatnie, po czym wyszła z cienia, by go zatrzymać, unosząc palec, jakby chciała wygłosić reprymendę niegrzecznemu dziecku.
― Miałeś zostać w Ministerstwie, drogi chłopcze. Miałeś również nie opuszczać pokoju. Ostrzegałam cię, że może stać ci się coś nieprzyjemnego, jeśli śmiesz mi się sprzeciwić ― powiedziała fałszywie smutnym tonem. ― Widzisz, teraz muszę cię zabić. Niedobrze, prawda?
― Słuchaj ― zaczął, ale w czasie jednego uderzeniu serca była przy nim, przyciskając środkowy palec do jego ust.
― Za późno, Draco, ja nie daję drugiej szansy. Wampiry zazwyczaj nie wykazują cierpliwości względem żałosnych ludzi. Możesz jeszcze tego nie rozumieć, ale sprawię, że dostrzeżesz mój punkt widzenia. ― Uśmiechnęła się okrutnie, szczerząc zęby. ― Bardzo szybko ― dodała.
― Wystarczy!
Draco zacisnął oczy, kiedy szorstki, męski głos wykrzyknął to jedno słowo.
Leontina znowu się słodko zaśmiała.
― Nie pozwolę ci go skrzywdzić! ― warknął mężczyzna i Draco odwrócił głowę, by zobaczyć drugą postać skrytą w cieniu z wyjętą różdżką, wskazując wampira.
― Kim jesteś? ― wyszeptał młody Śmierciożerca, próbując wyczytać coś ze znajomych rys.
― Heh… śmiertelnik. Jakie jest twoje ostatnie słowo, głupcze? ― wyśpiewała Leontina, prostując swoją drobną postać.
― Dawaj, zabij nas obu, ale będziesz musiała tłumaczyć się swojemu ukochanemu Mistrzowi. A jestem pewien, że Negura nie będzie szczęśliwy. ― Dobiegł z cienia chrapliwy głos.
Po raz pierwszy uśmiech czarnowłosej kobiety zbladł. Zaległa pełna zaskoczenia cisza.
― S―skąd znasz jego imię?! ― wyjąkała. Wiele wysiłku zabrało jej, by utrzymać spokojny ton głosu.
― Jak mogłabym zapomnieć jego imię, Leontino? ― wyszeptał obcy głos. ― Ale niestety, ty wydajesz się mnie nie pamiętać.
― Phi ― parsknęła. ― Jakbym miała pamiętać każdego żałosnego człowieka, który stanął mi na drodze.
W ramach odpowiedzi mężczyzna wyszedł z cienia, prawą dłonią trzymając krwawiące gardło, a w lewej dzierżąc różdżkę. Jego włosy były tak brudne, że niemożliwym byłoby dostrzeżenie ich prawdziwego koloru, ale szare oczy i arystokratyczne rysy pozostały niezmienne.
― O...ojcze? ― mruknął bez tchu.

*****

Szpital Crawley’a, Crawley, południowa Anglia
Dwudziestego drugiego grudnia 2000, wczesny poranek.

― Panie Potter? Panie Potter, proszę się obudzić.
Harry wydał z siebie lekki pomruk i odwrócił się do zakłócającego jego spokój mężczyzny.
― Panie Potter!
Głos mężczyzny był głęboki i przyjemny, ale ton niósł ze sobą pewną nerwowość. Harry ponownie zwrócił uwagę na to, że brzmiał on całkowicie obco.
― Twoje śniadanie jest gotowe, więc radzę, byś wziął się za jedzenie. Na zimno nie będzie smakowało. Kiedy pan skończy… możemy porozmawiać.
Śniadanie? To magiczne słowo dobudziło Harry’ego w kilka sekund. Odwrócił się i spojrzał rozszerzonymi oczami na siedzącego przy nim mężczyznę w białym stroju. Włosy opadały mu na czoło i wpadały do czekoladowych oczu, które przyglądały mu się uważnie.
― Spał pan już dość długo, Potter. Chciałem porozmawiać już wczorajszego wieczora, ale w końcu zdecydowałem, że nie jest koniecznym pana budzić. Potrzebował pan więcej odpoczynku.
Oczy Harry’ego prześlizgnęły się od mężczyzny do leżącego na jego kolanach talerza z apetycznie wyglądającym jedzeniem i z powrotem.
― Kim pan jest? ― zapytał ostrożnie. Na szczęście jego głos był już w lepszym stanie niż ostatnim razem, gdy próbował mówić.
Chwilowe zaskoczenie, które pojawiło się na twarzy mężczyzny szybko zastąpiło zawstydzenie.
― Och, to niegrzeczne z mojej strony, wybacz. jestem doktor Daniel Rodgers. Wydawało mi się że doktor Cooper wspomniał moje nazwisko, rozmawiając z tobą wczoraj. Miał powiedzieć ci, że przyjdę na wieczorną wizytę.
― Huh ― sapnął Harry i potarł skroń. ― Coś mi się kojarzy ― mruknął i sięgnął po kubek z herbatą i serową kanapkę na talerzu.
Doktor Rodgers skinął i przybliżył się.
― Cóż… Jak się czujesz?
― Lepiej ― wymamrotał i wzdrygnął się lekko, gdy mężczyzna położył dłoń na jego czole i wyciągnął stetoskop. Dopiero wtedy do Harry'ego dotarło, że hałasująca maszyna została odłączona.
― Zawsze dobrze to usłyszeć ― odparł. ― Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, żebym pana zbadał, nim zaczniesz jeść?
― Um… jasne ― powiedział i patrzył jak lekarz wsunął stetoskop pod jego na wpół podciągniętą szpitalną koszulkę. Syknął, kiedy zimny metal dotknął jego pierś. Podczas gdy drugi mężczyzna słuchał bicia jego serca i oddechu, umysł Harry’ego w końcu zaczął działać z maksymalną prędkością. Był ciekaw wszystkiego. Jak dostał się do szpitala, gdzie znajdował się jego arcywróg, dlaczego jego lewa noga tak bardzo bolała, dlaczego nie był śmiertelnie głodny, co znajdowało się w rurce przyczepionej do jego ramienia , jak i wiele innych. Pytanie, o co powinien zapytać na początku? Nim mógłby skończyć swoje rozmyślenia, lekarz wyprostował się i uśmiechnął przyjaźnie.
― Wszystko wydaje się być w porządku. Razem z przyjacielem szybko zdrowiejecie. A teraz pozwól mi spojrzeć na swoją nogę i…
― Mój przyjaciel? ― wtrącił zaskoczony Harry.
― Mhmm, jestem pewien, że ucieszysz się, słysząc, iż stan pana Moore’a jest stabilny i się znacząco poprawia. Wczoraj jego sytuacja wydawała się beznadziejna, ale…
― Pan Moore?! ― Harry przełknął ślinę.
Lekarz wyglądał na zaskoczonego.
― Tak, pan Walter Moore. Coś nie tak? Może pielęgniarka Ross źle pana usłyszała, kiedy mówiłeś, jak się nazywa…
― Nie, nie, nie ― wymamrotał szybko Harry, wgryzając się w kanapkę by ukryć nagłe zakłopotanie. ― Wszystko dobrze ― powiedział w końcu.
Ale w głębi duszy starał się znaleźć szybkie rozwiązanie dla tego bajzlu. A więc Voldemort też tu był i żył. Co powinien teraz zrobić? Ten lekarz najwyraźniej był mugolem, skoro nie rozpoznał twarzy Czarnego Pana, ani nie wydała mu się podejrzana. Póki co ich niewiedza była mu na rękę. Wywołałoby to tylko niepotrzebną panikę, nim...nim...
― Jest przytomny? ― zapytał nerwowo, biorąc kolejnego gryza.
― Nie, panie Potter ― pogodny wyraz powoli powrócił na twarz mężczyzny. ― Przykro mi, ale jeszcze się nie obudził.
― Dobrze ― westchnął Harry z ulgą, przez co zarobił niedowierzające spojrzenie od lekarza. ― Chodzi mi o to, że dobrze, iż dalej śpi ― powiedział szybko Harry, kryjąc rumieniec za kubkiem. ― Nienawidzi… naprawdę boi się lekarzy. Mógłby zrobić coś… kłopotliwego.
― Och, rozumiem ― mówi Daniel przyjaźnie i przytakuje. ― Rozumiem to. Niektórzy lekarze mogą być zafascynowani jego… hmmm… wyjątkową… fizjonomią. Nie ma jednak potrzeby się martwić; aktualnie utrzymujemy go w sedacji.
No dobrze, czyli uważano go za coś niezwykłego; musiał jak najszybciej dokończyć posiłek.
― Jeśli mogę, chciałbym go zobaczyć ― odparł, zjadając ostatni kęs i szykując się do wstania z łóżka. Ale powstrzymała go silna dłoń na ramieniu.
― Przykro mi, panie Potter, ale jeszcze nie możesz wstać. Twój gips jeszcze do końca nie wysechł.
― Mój gips?
Harry poczuł dezorientację.
Pan Rodgers westchnął cicho, a jego ramiona opadły.
― Nie pamiętasz? ― wyszeptał i zabrał ciepły koc okrywający jego młode ciało.
― M...moja noga ― wyjąkał i spojrzał na białe tworzywo okrywające mu nogę aż do połowy uda.
― Co mi się stało?! ― sapnął i spojrzał na lekarza, który znowu go okrył a teraz wyglądał przez okno. Jego twarz była pełna napięcia.
― Ja… Naprawdę przepraszam, panie Potter. To… ― Westchnął znowu i spojrzał Harry’emu prosto w oczy. ― To całkowicie moja wina. Jeśli mi pozwolisz, wytłumaczę.
Wszystkim co Harry mógł zrobić w tej chwili, było przytaknięcie.
― Stało się to wczorajszego poranka. Zaspałem i wiedziałem, że się spóźnię. Muszę przyznać, że się spieszyłem, prowadziłem niedbale. Nie przykładałem zbyt wielkiej uwagi do drogi, ponieważ mój umysł znajdował się już w szpitalu. A potem nagle pojawiłeś się na środku drogi. Próbowałem zrobić wszystko, by zatrzymać samochód, ale była pokryta świeżym śniegiem…
Umysł Harry’ego stał się pusty, kiedy nagle zaczął sobie przypominać… Ciężkie ciało Voldemorta sprawiło, że zataczał się w głębokim śniegu. Myślał tylko o tym, żeby w końcu dotrzeć do celu i zrzucić go z siebie, aby móc swobodnie oddychać. Ale nie mógł tego zrobić tak długo, jak miał ten okropny dług życia. Więc wciąż szedł, dopóki wąska droga wzdłuż rzeki w końcu nie skończyła się za bezlistnymi krzakami. Poczuł nową falę nadziei, gdy zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się na wąskiej jezdni. Liczył, że prędzej czy później ktoś będzie tędy przejeżdżał, ktoś go uratuje. Ale nikt nie nadchodził… nikt. Zaparł się na nogach, powoli poddając się zmęczeniu. Tylko kilka kroków i nie będzie w stanie więcej znieść…
I wówczas to usłyszał… hałas silnika dobiegał zza jego pleców. Nie był wystarczająco szybki, więc odwrócił się tylko po to, by zobaczyć pędzący na niego biały samochód . Światła oślepiły jego oczy i klakson go ogłuszył, ale nie był w stanie zejść z drogi. Wówczas samochód zaczął się kręcić, kierowca z pewnością stracił nad nim panowanie. Harry chciał rzucić się na pobocze i z pewnością by to zrobił, gdyby nogi się pod nim nie ugięły. Zamiast tego po prostu patrzył, jak pojazd się do niego zbliżał, by roznieść go na kawałki. Czy to właśnie tak miał wyglądać jego koniec? Cóż za rozczarowanie. Śmieszne, doprawdy…
― ...i zostałeś uderzony błotnikiem. Masz potrójne złamanie trzonu i i szynę w nodze. Proszę, zaufaj mi, kiedy mówię, że starałem się zrobić wszystko, by uniknąć zderzenia, ale nie byłem w stanie…
Zapadła nieprzyjemna cisza, nim pan Rodgers znowu się odezwał:
― Byłem w głębokim szoku, kiedy wysiadłem z samochodu, by zająć się tobą i twoim przyjacielem… I odkryłem, że nie oddycha. Byłem przekonany, że to moja wina i spanikowałem. To nie powinno przydarzyć się lekarzowi.
Harry potrząsnął głową, by odsunąć od siebie złe wspomnienia i spojrzał na skruszonego lekarza, który ukrywał twarz w dłoniach. Nagle poczuł współczucie i sympatię do tego mężczyzny.
― Nie jest moim przyjacielem, doktorze ― powiedział cicho. ― A jego stan nie jest pańską winą.
Mężczyzna spojrzał na niego po chwili wahania i niedostrzegalnie skinął.
― Tak, na szczęście szybko się o tym dowiedziałem. Był zimny jakby nie żył już od jakiegoś czasu, ale z pewnym wysiłkiem udało mi się wyczuć bicie serca.
― Naprawdę? Więc jednak ma serce.
Harry wyglądał na prawdziwie zaskoczonego.
― No i byłeś jeszcze ty ― kontynuował, gdy Harry powiedział już swoje. ― W przeciwieństwie do niego, twojemu życiu nic nie zagrażało, chociaż pod wpływem złamania, urazów, hipotermii i głodu mogłeś umrzeć z szoku ― powiedział i spojrzał na niego w zamyśleniu.
― Czyli mnie uratowałeś, dziękuję ― wyszeptał młodzieniec.
― Nie dlatego to powiedziałem, Harry… hmm, przepraszam, panie Potter.
Młodzieniec zachichotał.
― Może być Harry.
― Nie, panie Potter. To ważne. Musisz zeznawać przeciwko mnie. Dwóch policjantów czeka na zewnątrz sali, by usłyszeć twoje zeznanie. Jeśli chcesz znać moją opinię, uważają, że próbuję cię przekupić, byś nie zeznawał przeciwko mnie. Ale nie takie są moje intencje, wiem, że jestem winny. Dlatego proszę, nie dziękuj mi za to, co zrobiłem.
Harry patrzył na mężczyznę, czując się nieco przeładowanym informacjami. Była tutaj policja? Co powinien teraz zrobić? Bardzo dobrze wiedział, że aurorzy obserwowali , co dzieje się w mugolskim świecie przez nagrania policyjne. Ale co jeśli Voldemort miał rację i niektórzy z jego ‘kumpli’ zamierzało go zabić. Jeśli powie im prawdę, przyjdą po niego i czarnego pana bez chwili zwłoki. Nie było wyjścia, musiał skłamać bez znaczenia co. Ale musiał też skontaktować się z przyjaciółmi z Zakonu, by otrzymać jakieś wiarygodne informacje. To nie powinno być bardzo trudne; powinien być w stanie znaleźć tu kogoś, kto zabierze go do Londynu.
Jednak, była mała dziura w planie. Nie miał możliwości opuścić tego miejsca i pozwolić Voldemortowi, by ci ludzie dobrego serca stali się jego nowymi ofiarami. Nie, nie mógł pozwolić, by to się stało. Zdecydował się ochronić Czarnego Pana bez względu na konsekwencje, więc musiał upewnić się, że ten nikogo nie zabije.
Jego czaszkę przeszył ostry ból.
Jeszcze raz posłał spojrzenie lekarzowi, który wydawał się rozbity jego brakiem odpowiedzi.
― Proszę nie mówić głupot ― powiedział delikatnie, próbując odegnać czarne myśli. ― Zawsze mogłeś odjechać bez żadnych konsekwencji, ale zdecydowałeś się nami zająć. Jesteś przyzwoitym człowiekiem wartym podziwu. ― Niemniej, kto będzie podziwiał cię za uratowanie życia Voldemortowi? To czyni cię takim samym wyrzutkiem co mnie, pomyślał ponuro. Daniel jednak wyraźnie ucieszył się ze słów Harry'ego.
― Panie Potter, dziękuję ci za te słowa, ale to co zrobiłem było moim cywilnym obowiązkiem. Nie jestem kryminalistą. ― Harry skulił się. ― Nie odjechałbym, pozwalając ci umrzeć.
Młodzieniec oferował mu fałszywy, uprzejmy uśmiech.
― Wierzę ci. A teraz proszę, jeśli mógłbyś zawołać policjantów, mam im coś do powiedzenia.
*****
Kiedy drzwi się otworzyły, Harry spróbował usiąść, by mieć lepszy widok na mężczyzn w mundurach. Daniel szybko podszedł, żeby mu pomóc, co młodzieniec przyjął z wdzięcznością.
― Doktorze Rodgers, wolelibyśmy, by zostawił nas pan samych ― powiedział mniejszy, acz rosły mężczyzna i zdjął czapkę z czoła, przyglądając się Harry’emu uważnie. Lekarz przytaknął, zabrał tackę z jego kolan i skierował się do drzwi. Młody czarodziej patrzył jak wychodzi, a kiedy drzwi w końcu się za nim zamknęły, skrzyżował ramiona na piersi.
Wyższy policjant przeszedł przez pokój i usiadł na krześle, który opuścił Daniel. Wyjął mały notes i poprawił okulary.
― Dzień dobry, panie Potter. Jestem pewien, że pan Rodgers poinformował cię, dlaczego tu jesteśmy. Niedobrze że to akurat on musi się tobą opiekować, ale poinformowano nas, że reszta wyjechała na święta. Więc radzę nie zwracać uwagi na nic, co mówił. Jesteśmy tu, by spisać twoje zeznanie, które będą podwalinami pod późniejszy pozew.
Harry na niego spojrzał. Co do diabła było z tymi ludźmi nie tak? Co się stało z dobrymi manierami anglików?
― Jak się pan nazywa? Mogę zobaczyć pańską odznakę?
Oficer, jeśli to możliwe, wyglądał na obrażonego.
― Samuel Atkinson. ― Zjeżył się i pokazał odznakę. Harry skrzywił się, a jego zielone oczy zwęziły się w irytacji.
― Nie powinniście byli tutaj przychodzić, proszę pana. Nie zamierzam zeznawać przeciwko panu Rodgersowi.
Mężczyzna prychnął i pokazał swoje krzywe zęby.
― Powinienem to podejrzewać. Łatwo kupił pańskie milczenie. Jaka jest ta cena, panie Potter, jeśli mogę wiedzieć?
Młody czarodziej jęknął z oburzeniem i musiał powstrzymać się, by nie walnąć mężczyzny w twarz. Nic dobrego nie przyniosłoby mu zostanie aresztowanym za napaść na funkcjonariusza. Powoli rozluźnił palce i powiedział szorstko:
― Pan Rodgers uratował mi życie, proszę pana. Jeśli ceną była moja złamana noga, wówczas zapłaciłbym bez chwili namysłu. Jakieś inne pytania?
Uśmiech Atkinsona w końcu zszedł z jego twarzy.
Spojrzał na swojego przysadzistego kolegę, który nie uznał za konieczne wtrącenia się, tylko wzruszył ramionami. Mężczyzna poprawił okulary i sięgnął po pióro.
― Potrzebuję znać twoje pełne imię i nazwisko, miejsce zamieszkania, wiek i zatrudnienie. Nie znaleźliśmy żadnych dokumentów w twoich ubraniach ― powiedział.
Harry skrzyżował ramiona na piersi, przygryzając wargę, by nie wybuchnąć.
― Nie mam żadnych dokumentów, ponieważ spłynęły niesione z prądem rzeki. Wskoczyłem tam za przyjacielem, który wpadł tam przez przypadek. Niemal utonął. Dlatego ja i Volde… Mam na myśli, pana Moore, był przemoknięty i całkiem przemarznięty w czasie wypadku. A jeśli chodzi o wypadek, to nawet nie była jego wina. To ja go spowodowałem, znajdując się na środku drogi. Nie zamierzam mówić nic więcej i nie obchodzi mnie, jeśli uważa pan, że to za mało.
Jeśli Atkinson był zirytowany odpowiedzią Harry’ego, nie okazał tego. Po prostu schował notatnik do kieszeni i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się tam i spojrzał na młodszego mężczyznę.
― Niech pan robi co chce, Potter. Nie mam władzy, by zmusić cię do żądania należnego odszkodowania. Mam nadzieję, że pan Moore nie zmarnuje tej szansy, gdy tylko odzyska przytomność. Mój współpracownik przyjdzie jutro i jestem pewien, że nie da tej okazji przejść koło nosa. Miłego dnia.
Nie chciałbyś wiedzieć, jakiej rekompensaty oczekiwałby Voldemort, pomyślał gorzko Harry, patrząc za mężczyzną. Zmęczony opadł na posłanie, zamykając oczy. Och, Merlinie, musiałem nazwać Voldemorta przyjacielem. Matko, ojcze, Dumbledore, powinniście mnie teraz widzieć, takim poniżonym. Co gorszego jeszcze mogłoby mu się przydarzyć?
To musiało się skończyć. Musiał wydostać Czarnego Pana ze szpitala, nim będzie za późno. A doktor Rodgers mógłby zostać do tego wykorzystany.

___________________________________

Zamierzam rozpalić ogień w twoich zimnych oczach ~






~ Wielbię cię ~

Powrót do góry Go down
http://devon-syberyjczyk.pl
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [HP][T][NZ] Wypadek w Jaskini [HP/LV] [18/36]   

Powrót do góry Go down
 
[HP][T][NZ] Wypadek w Jaskini [HP/LV] [18/36]
Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Dom Publiczny 'Venus'
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Spider-Man 2099
» Piaskownica
» Zaginięcia w jaskini [Elijah]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
~.Imaginarium.~ :: FANFICTION :: Literatura & Ekranizacja :: Harry Potter :: Slash :: +12-
Skocz do: