IndeksRejestracjaSzukajFAQZaloguj

Share | 
 

 [HP][M] Hymn dla zagubionych [SS/GG]

Go down 
AutorWiadomość
Fantasmagoria.
Admin
Admin
avatar

Female Wiek : 23
Skąd : Poznań
Liczba postów : 508
Rejestracja : 21/12/2014

PisanieTemat: [HP][M] Hymn dla zagubionych [SS/GG]   Czw Sty 15 2015, 18:38

Fandom: Harry Potter
Autor: Fantasmagoria.
Beta: Przemykała przez tekst Wirka. i Jeanne. :*
Pairing: Salazar Slytherin/Godric Gryffindor
Gatunek: Angst
Ostrzeżenia: Patetyzm, ciężki styl pisania. Songfick.
N/A*: Wygrany tekst pojedynkowy odbyty na Gospodzie pod Złamanym Piórem. Tytuł wziął się z tytułu piosenki zespołu “Red”.

Zabrałeś je ze sobą, kiedy odszedłeś.
Te blizny... to ślad po Tobie.
Teraz błąka się - zagubione, zranione
Serce, które ulokowałem w niewłaściwym miejscu…*



Hymn dla zagubionych


Nadal pamiętam dzień, w którym odszedłeś. Myślę że będę pamiętał go zawsze, bo nie sądzę, bym kiedykolwiek był w stanie czuć się tak źle, jak wtedy. Może jedynie, gdy będę umierał, a ciebie nadal nie będzie przy mnie. Głupiec. Oczywiście, że cię nie będzie. Nie wiem, czemu dalej pragnę, by było inaczej, skoro naprawdę już próbowaliśmy iść razem… ale noc stawała się coraz ciemniejsza*.
~_~_~_~_~_~

— Salazarze! — Mój głos odbił się echem w zamkowym korytarzu, jednakże to cię nie powstrzymało, dalej szedłeś uparcie w stronę swoich komnat. Przyśpieszyłem kroku. — Salazarze, proszę! — powtórzyłem, gdy cię dogoniłem i chwyciłem za ramię, zmuszając do zatrzymania się.

Obróciłeś się w moją stronę gwałtownie i jedno twe spojrzenie wystarczyło, by ma dłoń opadła bezwiednie.

Ty prosisz mnie? — wysyczałeś, postępując krok w moją stronę, a potem kolejny, zmuszając do oparcia o zimny kamień plecami. — Jak śmiesz? — wyszeptałeś niemal łagodnie; czułem dotyk twoich chłodnych warg na swoim policzku i mimowolnie westchnąłem. Wyczułem, jak uśmiechasz się kpiąco w odpowiedzi - ale to i tak było lepsze niż wcześniejsza milcząca wściekłość. — Ile to razy to ja prosiłem ciebie? Proszę, przypomnij mi, bo trochę już straciłem rachubę — powiedziałeś jedwabistym tonem, prostując się i wbijając we mnie spojrzenie jasnozielonych oczu. Nie było w nich ani łaski, ani ciekawości, a jego prośba nie była prośbą, a pytanie pytaniem. Widziałem w nich jednak ledwie skrywane: żal i zawód, i wcale nie skrywaną złość.

Dlatego nie odpowiedziałem, a ty w odpowiedzi jedynie skrzywiłeś pogardliwie wargi.

— Zresztą to teraz nieważne, bo i tak jesteś kłamcą — stwierdziłeś pewnie, tonem zimnym jak lód, i zanim zdążyłem zaprotestować, obalić to oskarżenie, kontynuowałeś. — Wiem, że tak, więc daruj sobie. Chodzi o nią. Jak zawsze. To ona prosi ciebie żebyś ty wstawił się za nią u mnie, nieprawdaż? — W dalszym ciągu to nie było pytanie, więc przezornie milczałem, choć na usta cisnęło mi się wiele słów. Wiedziałem jednak, że jeśli się odezwę będzie tylko gorzej, a ja naprawdę chciałem to wszystko utrzymać gdyż wiedziałem, iż jeśli to się rozpadnie, nie będzie już czego naprawiać. — Ale to tak nie działa. Ona, czy ty w jej imieniu… nie ma znaczenia, bo ja zdania nie zmienię — oświadczyłeś, przesuwając wzrokiem po mej twarzy.

— Musisz — odezwałem się w końcu. Szybko jednak uświadomiłem sobie błąd i dodałem: — Tak, tak, wiem, że nienawidzisz tego słowa, ale proszę, posłuchaj mnie! — Położyłem dłonie na twoich ramionach i pogładziłem kciukami szyję w uspokajającym geście. Odetchnąłeś głęboko i przymknąłeś oczy, po czym sztywno kiwnąłeś głową. — Powiedziała, że jeśli się nie zgodzisz… — Odchrząknąłem, czując że zasycha mi w gardle. Otworzyłem usta, ale żadne słowa się z nich nie wydostały. Nie wiedziałem, jak mu to powiedzieć. Otworzyłeś oczy i spojrzałeś na mnie czujnym wzrokiem, od razu spinając całe swoje ciało. Wiedziałem że ci się to nie spodoba, więc jeszcze trudniej było mi to powiedzieć… dlaczego to ja musiałem? —… jeśli się nie zgodzisz, będziesz musiał odejść ze szkoły — wydusiłem z siebie w końcu, nie patrząc na ciebie, gdyż bardzo zainteresował mnie pająk wspinający się po ścianie naprzeciwko. — Na zawsze — dodałem po dłuższej chwili milczenia, wreszcie ważąc się podnieść wzrok i spojrzeć prosto w twe oczy.

Widoczne w nich poczucie zdrady, które przytłumiło nawet dalej buzującą w nim wściekłość niemal zabiło mnie na miejscu. Miałem ochotę przymknąć powieki i aportować się stamtąd w trybie natychmiastowym - dlatego więc tego nie zrobiłem.

— A ty oczywiście nie zrobiłeś nic.

W tonie twojego głosu nie było ani nuty oskarżenia, smutku, czy czegokolwiek innego. Nie pytałeś, znałeś odpowiedź, po prostu wypowiedziałeś na głos swe myśli. Otworzyłem usta, chcąc zaprzeczyć, ale ponownie nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie potrafiłem kłamać tak gładko, zwłaszcza gdy wiedziałem, że i tak mi nie uwierzysz.

— Oczywiście — powtórzyłeś, cedząc słowa przez zęby. — Nie wstawiłeś się za mną, mimo że mogłeś…

Nie, nie mogłem. Gdybym się za tobą wstawił… nic by z tego nie wyszło, byłoby jeszcze gorzej. Wtedy ja też musiabym odejść. Nie zrozumiałbyś... Nie chciałem się do tego posuwać, ale...

— Właściwie… — zacząłem i przeczyściłem gardło słysząc, jak cienko brzmi mój głos. Odetchnąłem, przymykając powieki, by uspokoić nagle galopujące serce. — Właściwie, to się z nią zgadzam. — Powiedziałem pewnym głosem.

Popatrzyłeś na mnie tak, jakbym właśnie uderzył cię w twarz. Wpierw niedowierzanie, a potem pełna goryczy akceptacja. Roześmiałeś się bez humoru, odwracając wzrok od mej twarzy i ściągając niedelikatnie moje dłonie ze swoich ramion. Odsunąłeś się ode mnie, robiąc parę kroków w tył.

— Zgadzasz się — powtórzyłeś i spojrzałeś mi prosto w oczy; lód obecny w twych oczach mógłby zmrozić cały zamek w parę sekund. — Dobrze. Właściwie… — zacząłeś, ale potem potrząsnąłeś głową, pozbywając się myśli z głowy. — Albo wiesz co? Zapomnij. — Odwróciłeś się do mnie plecami. —  Zapomnij po prostu.
~_~_~_~_~

Czasami słyszę, jak mnie wołasz z jakiegoś zapomnianego i odległego wybrzeża. Słyszę, jak cicho płaczesz za tym, co było kiedyś.* Wiem, że to niemożliwe, ale lubię myśleć, że jest inaczej. Że magia potrafi sprawić, iż jestem w stanie. Czy to szaleństwo? Powiedziałbym, że niewiele większe od reszty szalonych rzeczy, które zrobiłem w swoim życiu. W tym nasza kłótnia. Nie była potrzebna, teraz to wiem. Ale cóż, mówią że w obliczu nieuchronnej śmierci człowiek mądrzeje.

Ostatni raz podniosłem się na nogi, stając przed bestią, która zaatakowała Hogwart. Stwór zaryczał wściekle, zataczając się w moją stronę. Krzyknąłem i rzuciłem się wprost na niego.

Mam nadzieję, że Rowena i Helga dadzą sobie radę same z ulepszeniem ochrony zamku.
~_~_~_~_~

Indie o tej porze roku bywają wyjątkowo urokliwe. Zazwyczaj takie są, tutejszy klimat niesamowicie mi odpowiada. Mej córce, Safonie i synowi, Sebastianowi też się tutaj podoba. Safonie może nawet bardziej, wystarczy zaobserwować, ile czasu spędza z tym młodym czarodziejem, Saubalem. Nie mam nic przeciwko temu, jest ze starej, indoariańskiej** magicznej rodziny. Jedynie trochę martwi mnie fakt, że nie są wężouści, jak całkiem sporo rodów w tym rejonie (co kiedyś wydawało mi się dziwne. Teraz przywykłem już do tego, że ja i moje dzieci nie stanowimy wyjątku, jak miało to miejsce w Anglii. Tutaj mowa w języku węży także była uznawana za dar, ale nie tak mało powszechny, jak w całej Brytanii. Co dziesiąty członek tej społeczności posiada tę zdolność... na swój sposób, to miłe). Może akurat moim wnukom się poszczęści i odziedziczą ten dar. Niestety, nie ma stuprocentowej pewności dziedziczenia wężoustości, co zauważyłem już w przypadku siebie i swojego brata, Basila. Jesteśmy bliźniakami, więc niemożliwym była zdrada mego ojca przez mą matkę - ale fakt faktem, tylko ja potrafię rozmawiać z wężami.

Czasami wracam myślami do tego, co było kiedyś. Do mego wcześniejszego życia. Nieraz łapię się na tym, że nie wiem, które ze zdarzeń związanych z Hogwartem wydarzyły się naprawdę, a które są jedynie projekcją mojej wyobraźni. Minęło już tyle lat... zbyt wiele. Szczegóły giną, wyparte przez fantazje i koszmary senne.

To ja umieściłem bazyliszka w Komnacie? Czy zrobił to mój wuj, gdy byłem mały, a zamek należał do niego? A może bazyliszka w ogóle tam nie ma, jedynie mi się przyśnił? Nie sądzę, bym mógł pamiętać takie szczegóły jego wyglądu bez autentycznego wspomnienia, chociaż z drugiej strony równie dobrze pamiętam Rowenę w swoim łóżku, a przecież wiem, że to niemożliwe - zawsze ty zajmowałeś jedną jego część.

Godricu… czy kłóciliśmy się, gdy odchodziłem? A może rozstaliśmy się w goryczy? Zostawiłem cię bez słowa? Płakałeś, próbowałeś mnie zatrzymać? Opuściłeś mnie? Mam wszystkie te “wspomnienia” i nie wiem, które jest prawdziwe. Myślałem, że byłeś przy mnie, ale kiedy wyciągnąłem rękę - zniknąłeś*. Czy kiedykolwiek przypomnę sobie, co jest prawdą?

Potok mych myśli przerwało nagłe pukanie do drzwi.

— Aayie*** — powiedziałem, pewien kto stoi po drugiej stronie. Tylko Salil pukał w ten sposób.

Młodzieniec wszedł i skłonił głowę. Uroczy dzieciak. Prawie trzydziestoletni, ale i tak ponad dwa razy młodszy ode mnie. Stracił rodziców niedługo po tym, jak się tutaj pojawiliśmy - Sundarze Pandyi nie podobało się to, iż magiczna część społeczności nie chce przyjąć zwierzchnictwa tajskiego, więc wytępił część czarodziei dla przykładu. Byłem bardziej niż zadowolony, biorąc go do siebie na nauki. Teraz mimo że jest pełnoprawnym, silnym czarodziejem, dalej upiera się pomagać mi w najbłahszych sprawach. Jak mówiłem - uroczy.

— Namaste**** — odparł, stając naprzeciwko mnie. Energia wprost go rozpierała, cały się trząsł z emocji. — Do miasta zawitał jakiś jegomość z angielskim akcentem! Ledwie mówi po naszemu, nikt go nie rozumie, ale z całą pewnością jest czarodziejem — mówił, a ja poczułem dziwne ukłucie niepokoju pod skórą. Nie wiem, skąd się wzięło. — Amir prosił, bym cię zapytał, czy potrafisz jeszcze mówić po angielsku i mógłbyś z nim porozmawiać, dowiedzieć się, czego chce?

Mógłbym? Nie powinienem, tak sądzę. Oczywiście, że pamiętam angielski. Mieszkam w Indiach od trzydziestu lat, ale nie zapomniałem żadnego z sześciu języków, których uczyłem się jako dziecko i młodzieniec. Nie pozwoliłbym sobie tak zgnuśnieć.

Poczułem jednak niezidentyfikowany lęk. Wiem, że szansa na to, że jest to ktoś, kogo znam osobiście jest nikła, ale mój niepokój nie odejdzie tylko dzięki świadomości. Intuicja podpowiada mi, iż to nie jest dobry pomysł, bym szedł się spotkać z Brytyjczykiem, a ona rzadko się myli. Tęsknię nieco za Anglią, za możliwością rozmowy w ojczystym języku z kimś innym niż własne dzieci, niemniej jednak...

Spojrzałem na Salila, formułując w myślach odmowę, jednak kiedy spojrzałem na niego i zobaczyłem w jego oczach niemą prośbę, westchnąłem ciężko i skinąłem głową. Ekscytacja chłopaka stała się jeszcze większa, mimo że uważałem, iż to niemożliwe. Coś czuję, że będę tego żałował.
~_~_~_~_~

Zastanawiam się, gdzie teraz jesteś. Czy znów cię znajdę? Jesteś sam?*
Po raz kolejny żałuję, że musiałem zostać. Teraz próbuję do ciebie dotrzeć.* Udało mi się przeżyć walkę z bestią i wydostać z Anglii, ale nie wiem, gdzie szukać. Szkoła już mnie nie potrzebuje, Helga doskonale sobie radzi z dyrekturą po śmierci Roweny, a mnie - tak jak wcześniej ciebie i później Ravenclaw - zastąpili Opiekunowie. Myślę, że to adekwatna nazwa ich funkcji. Opiekują się naszym dziedzictwem, naszymi uczniami.

Nie ma cię w twym rodzinnym Fenland, na żadnej z wysp otaczających Brytanię. I w wielu innych miejscach, w których szukałem. Mam niejasne wrażenie, że opuściłeś Kontynent*****… W sumie, byłoby to najbardziej logiczne wyjście, ale… nie znam się na reszcie świata.

Nie mam jednak wyjścia. Zbiorę załogę i wypłynę w morze. Będę zatrzymywał się w każdym porcie, w każdym kraju. Poczekasz? Czy zobaczę cię jeszcze?*
~_~_~_~_~_~

Podążałem za Salilem w kierunku portu. Zawsze lubiłem tamte okolice, ale w końcu nic dziwnego - woda to mój żywioł. Czułem osobliwe zdenerwowanie z każdym kolejnym krokiem. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął złośliwie, przyśpieszając tempo swojego chodu, patrząc na mnie przez ramię. Wzniosłem oczy ku niebu; doprawdy. Szedłem niezmienionym tempem, patrząc z uniesionymi brwiami na Salila, który zachichotał i zaczął niemal biec. Miałem ochotę zrobić to samo, zobaczyć, sprawdzić, mieć to już z głowy, ale przecież nie dam się sprowokować do czegoś tak dziecinnego. To nie przystoi dla kogoś w moim wieku i o moim statusie społecznym. Trywialne.

Gdy dotarłem do portu, Salil już stał przy rybakach i mówił im, że udało mu się mnie sprowadzić. Skłoniłem się nieznacznie przed braminem, który odpowiedział mi tym samym, wskazując na dość spory angielski statek przycumowany na brzegu dookoła którego skupił się pokaźne zbiorowisko ludzi i paru magicznych stworzeń do nich należących.

— Salazarze, jak dobrze, że już jesteś! — Usłyszałem, a potem zobaczyłem jak przez tłum przeciska się Swati, miejscowa zielarka i najbardziej przychylna - poza Salilem - mi osoba w tym mieście. — Sądzę, że któryś z tych Anglików jest ranny, bo strasznie się awanturują, ale niestety mimo tego, że umiem kilka podstawowych zwrotów w celtyckim, żaden z nich nie wydaje się mnie rozumieć i...
— Spokojnie — uspokoiłem ją, kładąc dłoń na jej ramieniu. Odetchnęła i skinęła głową. — Prowadź.

Pośpieszyłem za nią; tłum na szczęście widząc, że idzie ktoś, kto może dogadać się z cudzoziemcami, prędko się rozstąpił. Odpowiedziałem na powitania kilku znajomych osób, część zignorowałem.
Po raz pierwszy od dawna iskierki adrenaliny podążyły mymi żyłami, burząc we mnie krew. Im bliżej statku byliśmy, tym większe czułem zniecierpliwienie, ale też - co dziwne - ekscytację. W końcu, może i nie był to Godric, ale skoro to czarodzieje na pewno o nim słyszeli. Może uda mi się czegoś dowiedzieć? Złość na niego, na to, że nie odszedł ze mną, już przeminęła. Teraz czułem jedynie pragnienie ponownego spotkania, tak nieracjonalne i nielogiczne, jak tylko możliwe. Jakoś nie potrafiłem się tym wystarczająco przejąć.

Wreszcie usłyszałem głosy - jednego z kupców próbującego uspokoić trzech rozgorączkowanych jegomości.

— Czy wy naprawdę nie rozumiecie, że nam tam człowiek umiera? — powiedział wysoki, siwy Anglik ubrany w typowo kapitański strój; rzeczywiście wyglądał na kogoś w moim wieku - mimo że ja dopiero zacząłem siwieć - ale mogę się założyć, że jest przynajmniej dziesięć lat młodszy. Dwóch marynarzy po jego bokach jedynie skinęło głowami, gestykulując żwawo. — Musicie...

— Proszę się uspokoić, zaraz przyjdzie ktoś, kto państwa zrozumie i wam pomoże! — Głos kupca brzmiał lekko histerycznie.

— Spokój już! — krzyknęła Swati na mężczyzn.

Wszyscy czterej odwrócili się w naszą stronę, a na twarzach mieli wymalowaną ulgę.

— Witam — odezwałem się po angielsku do kapitana, który uśmiechnął się do mnie. — Mówcie, czego wam potrzeba, miejscowa ludność jest bardzo pomocna.

— Mamy rannego na statku — odezwał się Anglik, wskazując na łajbę. — Bardzo rannego. Nie przeżyje następnej godziny. Niestety nie mamy leków, żeby choć ulżyć mu w cierpieniu i pozwolić odejść w spokoju…

Zmarszczyłem brwi; niedobrze, nasz miejscowy medyk jest teraz nieobecny. Poinformowanie go o tym, żeby prędko powrócił nie byłoby trudne, sowa znalazłaby go szybko, jednakże powrotna podróż zajęłaby mu zbyt długo - z pewnością minimum trzy godziny, a według kapitana mężczyzna na statku tyle nie wytrwa. Czy potrafiłbym jeszcze to zrobić? Moja matka była magomedyczką, próbowała mnie przyuczyć do tego, gdy byłem młodzieńcem. Pamiętam?

Sięgnąłem po swoją różdżkę; zauważyłem, że obu marynarzom drgnęły dłonie w kierunku pasa, jednakże dobre wychowanie sprawiło, że ostatecznie nie wyciągnęli swoich. Uśmiechnąłem się krzywo do uważnie przyglądającemu się mi kapitanowi.

— Prowadź.

Jednak w momencie, w którym wszedłem do kajuty rannego, pożałowałem swej decyzji. Minęło prawie dwadzieścia lat, ale doskonale wiedziałem, kto leży na koi, czułem jego magię. Zatrzymałem się w przejściu, nie będąc gotowym by wejść do pomieszczenia. Zawsze silny, postawny i opalony mężczyzna nie był nawet cieniem samego siebie. Rude włosy spłowiały, a ciało wyglądało jak szkielet, na którego ktoś naciągnął poszarzałą skórę. Jedyną plamą koloru była krew płynąca z rany na boku mężczyzny.

— Zna pan go? — zapytał kapitan patrząc na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

Nie odpowiedziałem mu, w dwóch krokach znajdując się przy posłaniu i chwytając za zimną dłoń. Powieki mężczyzny drgnęły, gdy wyczuł znajomą - moją - magię tak blisko siebie. Nie uchyliły się jednak, by pokazać mi piękne, zielone oczy. Usta Godrica wygięły się w słabym uśmiechu, zanim wyrzęził z trudem:

— Znalazłem cię.
___________________________________________________
* “Hymn for the missing” by Red
** indoariowie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Indoariowie
*** hin. wejdź.
**** hin. witaj/dzień dobry
***** Europa, po prostu

___________________________________




Powrót do góry Go down
http://imaginarium.forumpolish.com
Wirka.
Admin
Admin
avatar

Female Wiek : 28
Liczba postów : 899
Rejestracja : 21/12/2014

PisanieTemat: Re: [HP][M] Hymn dla zagubionych [SS/GG]   Sob Sty 17 2015, 01:21

klepię, bo jak nie klepnę to zapomnę.

___________________________________

Powrót do góry Go down
Nemuri
Skryba
Skryba
avatar

Liczba postów : 141
Rejestracja : 15/01/2015

PisanieTemat: Re: [HP][M] Hymn dla zagubionych [SS/GG]   Sob Mar 14 2015, 22:10

Godric jest głupcem, to jedyne c przychodzi mi do głowy. Niby darzy uczuciem, ale nie zważa na to jak jego słowa mogą zaboleć Salazara, jakby to, że on ma uczucia się nie liczyło.
Nie wyobrażam sobie usłyszeć czegoś takiego od kogoś, kogo się…. kocha? Taka rana pozostawia trwałą skazę na sercu, wiecznie odnawiającą się, nie chcącą się zabliźnić.
Cytat :
Czasami słyszę, jak mnie wołasz z jakiegoś zapomnianego i odległego wybrzeża. Słyszę, jak cicho płaczesz za tym, co było kiedyś.*
Nie wyobrażam sobie w tej roli Salazara, no może ten wątek cicho płacze jeszcze ujdzie, ale by kogoś wołał, po tym wszystkim? Cóż może jestem zbyt mściwa? Może zbyt pamiętliwa, ale nie sądzę bym potrafiła po czymś takim wybaczyć. Czas zalecza rany, ale nie wszystkie.
Salazar miał brata bliźniaka? Cóż musieli być uroczymi dziećmi, ach takie dwa aniołki. Motyw wężomowy także ciekawie wyszedł, ukazał, iż Sal nie jest takim odmieńcem, że jest wśród swoich.
Cytat :
nie znam się na reszcie świata.
Z jednej strony taka doza ignorancji mnie zaskoczyła, z drugiej strony czego można było się spodziewać po gryfonie?
Końcówka, mimo że powinna mnie zasmucić nie zrobiła tego. Nawet powiem, że nie żałuje gryffindora, w sumie zasłużył sobie. Moim zdaniem zbyt duży „zaszczyt” go „kopnął”, iż mój przed śmiercią zobaczyć/doświadczyć obecności Salazara. Moim zdaniem mógłby umrzeć w świadomości, iż jego ukochany żyje w urazie i poczuciu zdrady do niego.
Ciekawa koncepcja na opowiadanie, dobrze się czyta, lekka forma i może ze mną jest coś nie tak, ale humorystyczny tekst.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [HP][M] Hymn dla zagubionych [SS/GG]   

Powrót do góry Go down
 
[HP][M] Hymn dla zagubionych [SS/GG]
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
~.Imaginarium.~ :: FANFICTION :: Literatura & Ekranizacja :: Harry Potter :: Slash :: +12-
Skocz do: